sobota, 19 lutego 2011

Jakiego języka warto się uczyć?

Pytanie postawione w temacie jest jednym, które wielu czytelników bloga nurtuje, czemu zresztą ostatnio dano wyraz w komentarzach.  W dzisiejszych czasach kiedy wszystko przelicza się na wartość pieniężną kwestia opłacalności nauki danego języka stała się kwestia bardzo ważną. Dlatego często spotykamy się z opinią, że niektóre języki są warte nauki, bo za ich znajomość pracodawcy oferują większe pieniądze. Czy słusznie? Zobaczmy.

Dla tych, którzy są niecierpliwi przygotowałem oczywiście coś w rodzaju "drogi na skróty". W komentarzach do poprzedniego artykułu o języku ukraińskim Marta podała linka do badań wkazujących ile pieniędzy zarabiają osoby ze znajomością jakiegoś języka obcego. Całkiem ciekawie to wygląda - osoba znająca chiński bardzo dobrze zarabia 8000 złotych, za szwedzki dostaniemy prawie 7000, arabski jest wyceniany na niewiele mniej. W zasadzie mógłbym teraz powiedzieć wszystkim, żeby zaczęli się uczyć jednego z tych trzech języków i byłoby po sprawie. Tymczasem stronę odwiedzaliby sami milionerzy. Perspektywa taka jest piękna (wszystkim zresztą tego życzę), ale problem w tym, że świat nie jest tak prosto zbudowany.

Jeśli ktoś zakłada, że nauczy się np. węgierskiego, litewskiego lub łaciny (swoją drogą bardzo zastanawia mnie co panowie z bankier.pl rozumieją poprzez jej bardzo dobrą znajomość) i zgłoszą się do niego ludzie, którzy zaoferują mu z miejsca pracę za 5000 złotych (a właśnie tyle przewidują badania podane powyżej) to jest dość naiwny. Badanie bowiem nie brało pod uwagę chociażby ile osób ze znajomością danego języka ma problemy ze znalezieniem pracy, w której mogą wykorzystywać swoją wiedzę. Ale dajmy temu spokój, bo niekoniecznie to ma być tematem głównym dzisiejszego artykułu.

Badanie dotyczyło bardzo dobrej znajomości języków obcych. A z czym się wiąże taka znajomość? Najpierw, żeby nauczyć się języka obcego bardzo dobrze, należy nad nim trochę czasu przesiedzieć. Przez "trochę czasu" rozumiem tu solidną codzienną naukę, a nie godzinne spotkania dwa razy w tygodniu w grupie 10 osób. Podziwiam osobę, która będzie potrafiła spędzić godzinę dziennie przez kilka lat z językiem, którego nie lubi. W takim przypadku będzie ona miała do czynienia z narastającą frustracją i niechęcią do nauki, nie mówiąc już o problemie z przebrnięciem fazy plateau, czyli momentu, w którym przestajemy odczuwać rozwój językowy. A tak mniej więcej będzie to wyglądać w przypadku kogoś, kogo jedyną motywacją jest zarabianie na tym języku pieniędzy. Gdy do tego dodamy, że język obcy to nie jest coś, czego możemy się raz nauczyć i nigdy tego nie zapomnimy, wychodzi na to, iż bardzo dobra znajomość będzie wymagała poświęcania mu uwagi przez całe życie. Jeśli ktoś uważa, że potrafi tego dokonać jedynie w oparciu o przyszłe zarobki - niech próbuje. Ostrzegam jednak, że może go spotkać spory zawód, bo zapewne przerwie naukę gdzieś pomiędzy poziomem początkującym i zaawansowanym. To zaś czego się nauczył zapomni całkowicie po kilku latach.

Jakiego więc języka naprawdę warto się uczyć? Odpowiedź jest banalnie prosta: tego który nas najbardziej interesuje, w którym zawsze będziemy w stanie znaleźć coś ciekawego do przeczytania, obejrzenia, posłuchania, kogoś do porozmawiania. Nauka tego języka nie będzie dla nas niekończącą się katorgą, prawdopodobieństwo nauczenia się go będzie znacznie większe, a jak wszystko dobrze pójdzie to nawet pieniądze z tego jakieś wynikną. Nawet jeśli przerwiemy jego naukę w pewnym momencie (a warto zaznaczyć, że większość prób nauki języka kończy się fiaskiem) to niekoniecznie będziemy jej czas uważać za stracony.

Jeśli więc interesujesz się jakimś konkretnym regionem świata, ludźmi go zamieszkującymi, ich historią, kulturą, to postaraj się nauczyć języka jaki tam obowiązuje. Lepszego medium służącego do poznania tego obcego świata po prostu nie ma.

Podobne posty:
Płynny w 3 miesiące... Czy aby na pewno?
Czy i kiedy opłaca się uczyć ukraińskiego?
Języki egzotyczne - jak, gdzie i czy warto?
Moja lista 20 języków - część 1
W jakim języku się mówi w byłej Jugosławii?

46 komentarzy:

  1. Niewiele mogę powiedzieć, poza tym, że się z Tobą zgadzam :). Myślę jednak, że trzeba zrobić pewne rozróżnienie. Czym innym jest praca ściśle związana z danym językim (np. praca tłumacza), a czym innym jest "zwykła" praca, choćby w jakimś sklepie, gdzie nie wymagają aż tak dobrej znajomości języka, a pracodawca przy zatrudnieniu do sklepu wybierając pomiędzy kandydatem, który nie zna żadnego języka, a takim, który zna ze dwa lub trzy popularne na poziomie średniozaawansowanym, wybierze oczywiście tego drugiego... Tak więc myślę, że o ile by pracować jako np. tłumacz, faktycznie trzeba bardzo dobrze znać język, to jednak i znajomość przeciętna na poziomie średniozaawansowanym właśnie tych popularnych języków, mam na myśli gł. angielski, a do tego niemiecki, rosyjski, hiszpański, francuski, włoski powinna pomóc.

    Myślę więc, że jeśli chodzi o znajomość języka na poziomie gdzieś B1, tak by w sklepie cudzoziemca obsłużyć, jeszcze EWENTUALNIE jestem w stanie przyjąć, że nauka języków, które wydają się po prostu korzystne na rynku pracy ma jakiś sens. Zero przyjemności, ale jak ktoś się uprze, to nie powiem mu, że źle robi ucząc się takiego angielskiego lub niemieckiego, bo w tym sklepie jednak łatwiej dostanie pracę... Dojście do B1-B2 z przymusu byłoby dla mnie istną katorgą, ale jednak wiele osób to robi.

    Druga sprawa, która przychodzi mi do głowy to zagadnienie "fazy plateau", które poruszyłeś, ale to chyba już nie na temat...

    OdpowiedzUsuń
  2. Celna uwaga co do znajomości języków w sklepie, aczkolwiek, tak jak wspomniałeś, tu nie będzie się liczyć nic poza wspomnianymi kilkoma językami (nie licząc pogranicznych kramów). Natomiast moim zdaniem ngielskiego niewiele osób się uczy "na siłę". Brzmi to może jak herezja dla niektórych, ale jeśli weźmiemy pod uwagę muzykę i filmy angielskojęzyczne możemy zauważyć, że tak naprawdę niewiele osób nie jest zainteresowanych kulturą tego języka.

    Osiągnięcie B2 z czystego przymusu i utrzymanie tego poziomu przez lata wydaje mi się osobiście niemożliwe. Może przesadzam, ale nie wyobrażam sobie osoby znającej język i wyrażającej kompletny brak zainteresowań tym co ów język ze sobą wnosi. W każdym razie nie znam nikogo takiego.

    Faza plateau to w ogóle ciekawy temat i jeśli masz jakieś ciekawe spostrzeżenia to nie wahaj się napisać.

    OdpowiedzUsuń
  3. No tak, właśnie o ile przy rekrutacji na stację benzynową (wiem bo kiedyś pracowałem :D) znajomość angielskiego, i do tego np. niemieckiego lub hiszpańskiego będzie niewątpliwym i myślę, że nawet dość silnym atutem (przy czym kierownictwo zadowoli już kandydat średniozaawansowany w tych językach) to taki język chiński lub japoński po prostu do niczego się nie przyda...

    Z tym angielskim to chyba masz trochę racji, choć wydaje mi się jednak, że słuchanie amerykańskiej muzyki (bo taka jest modna i ta muzyka jest ekspansywna), oglądanie amerykańskich filmów (bo gł. takie są w telewizji i do tego po polsku) to jednak nie do końca to samo, co nauka języka przez faktyczną fascynację kulturą. Wiele o kulturze w USA wiemy, bo choćby oglądamy filmy, ale ja bym powiedział, że w większości jesteśmy raczej "wciągnięci" niż zafascynowani. Super łatwo o kogoś kto słucha muzyki artystów z USA, bardzo ciężko jednak o kogoś kto przegląda amerykańską prasę z czystej fascynacji tym krajem by się więcej na jego temat dowiedzieć.


    Faza plateau to coś o czym po prostu nie wiem co myśleć. Powiedziałbym, że zatrzymałem się na niej w moim angielskim, ale jednocześnie wiem, że tak na prawdę przestałem się tego języka uczyć... Chyba dwukrotnie wydawało mi się, że byłem w niej w hiszpańskim, ale to były jakieś maks. miesięczne chwile zwątpienia i obecnie nie czuję bym ja kiedykolwiek zaznał czegoś takiego w tym języku. Wydaje mi się, że receptą jest po prostu sposób myślenia, ja widzę jak każdego dnia rozwijam moją znajomość języka, myślę sobie "tyle się dzisiaj nauczyłem", niewiarygodne jak ja słabo w tym języku jeszcze tydzień temu mówiłem. W ten sposób się nie zniechęcam i cały czas czuję, że się uczę i ciągle czerpię z tego radość. W skali Rady Eurpy prawdopodobnie jeszcze długo będę deklarował ten sam poziom znajomości języka, ale bynajmniej nie uważam, bym stał w nauce w miejscu. Myślę, że takie myślenie mi osobiście bardzo pomaga i mnie motywuje do nauki, z drugiej jednak strony jeśli próbuję oszacować (to tylko mój szacunek, nikt mnie regularnie nie egzaminował) przez ile czasu byłem na jakimś poziomie wedle skali Rady Europy to oczywiste jest, że każdy wyższy poziom zajmował mi więcej czasu niż poprzedni.

    OdpowiedzUsuń
  4. No właśnie - zainteresowanie się językiem i krajem (krajami), w których się go używa! To także moim zdaniem klucz do nauki, inaczej jest ona jałową, zniechęcającą katorgą.

    O ile jeszcze innych przedmiotów, np. w szkole, można się uczyć od przypadku do przypadku, powiedzmy biologii czy fizyki (bo zawierają różne działy i nie trzeba wiedzieć wszystkiego, by odnieść doraźny częściowy sukces), to język "związuje" nas na długo, tym bardziej właśnie, że trzeba się go uczyć konsekwentnie i z stystemem.

    Nam, pasjonatom, nawet trudno sobie chyba wyobrazić jak ktoś może NIE interesować się językami obcymi ;-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Pewnie, że nie wszystkie osoby słuchające amerykańskiej muzyki można nazwać od razu wielkimi fanami amerykańskiej kultury jednak już przez samo słuchanie zachowują w pewien sposób codzienny kontakt z językiem (inna sprawa, że jest on raczej marnej jakości, bo nie znam osób, które nauczyły się języka tylko poprzez słuchanie piosenek). Podobnie mają oglądając filmy, seriale - nie muszą się tym nawet interesować. Niestety wpływ angielskiego jest tak ogromny, że trudno go łatwo umieścić w tych kategoriach.

    Fazy plateau na pewno każdy przechodzi inaczej. Przyznasz chyba jednak, że osoba, która w ogóle nie jest zainteresowana czymkolwiek związanym z językiem po prostu nie będzie wiedziała co zrobić, żeby być lepszym.

    Innym natomiast bardzo może pomagać odrzucenie niedokładnego i sztucznego podziału poziomów znajomości języka sugerowanego przez Radę Europy. Osobiście nie lubię klasyfikować znajomości języka patrząc na te poziomy i podobnie kompletnie mnie nie ruszają odpowiednie certyfikaty - z reguły znajomość języka osób je zdające ma się nijak do tego czym dany poziom naprawdę jest. Przykładem może być chociażby Benny, który prawie zdał niemiecki C, a obiektywnie jego umiejętności oceniłbym na B1. A patrząc bliżej - polscy maturzyści. Teoretycznie powinniśmy mieć w kraju tłumy władające angielskim przynajmniej B1 (w końcu maturę zdają prawie wszyscy) - jak to wygląda w rzeczywistości nie muszę chyba mówić.

    OdpowiedzUsuń
  6. @Agnieszka
    Ogrom ludzi niestety ma podejście do języków obcych dokładnie takie jak do pozostałych przedmiotów. Mnie osobiście nigdy nic tak nie irytowało jak pytanie przed egzaminem z języka obcego w stylu - "A z jakich działów to będzie?" :)
    Dla mnie odpowiedź zawsze jest prosta - ze wszystkiego co było przez ostatnie x lat. Powtarzając język codziennie w zasadzie na egzaminy się nawet uczyć nie trzeba i można je traktować jako formę sprawdzenia siebie. Przynajmniej ja tak z reguły robiłem uważając nawet, że specjalnie ucząc się pod egzamin niejako oszukiwałbym samego siebie ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Faza plateau ;)
    Poczułem się zobligowany do zadania pytania - gdzieś może opisałeś jak przełamać taki impas? Chyba akurat jestem w takiej sytuacji po dość dużym postępie w ciągu roku teraz jakoś wszystko stoi w miejscu :/

    OdpowiedzUsuń
  8. Niestety jeszcze o tym nie pisałem. Ale na pewno napiszę wkrótce, bo jest to kwestia dość ważna. Obiecuję, że będzie to tematem następnego wpisu.

    OdpowiedzUsuń
  9. chociaż polecam wpis z linkowanego przez Karola bloga AJATT:

    http://www.alljapaneseallthetime.com/blog/the-eternal-sorrow-of-the-intermediate-learner-%E2%80%9Care-we-there-yet%E2%80%9D-syndrome

    to na nowy wpis na tym blogu także czekam :)
    W ogóle wydaje mi się, że kwestie motywacyjno-psychologiczne są w nauce języków równie ważne jak te techniczno-organizacyjne.

    OdpowiedzUsuń
  10. Ja akurat angielskim szczegolnie sie nie interesuje. W życiu podjelam tylko kilka prob nauczenia sie tego jezyka, w sensie otworzenia podrecznika..ale po pierwszych dniach zawsze rezygnowalam, dlatego że angielski jako tako wcale mnie nie fascynuje. Wlasciwie to odczuwam go jako drugi naturalny, bo od zawsze slyszalam go w domu. Ale perfekcyjny nie jest. Jesli mialabym sie zebrac za pisanie po angielsku to dalabym sobie rade bez wiekszych bledow gramatycznych i stylistycznych, ale mimo wszystko styl nie jest akademicki, poprawny ale nie akademicki- tutaj wychodzi brak uczenia sie tego jezyka.. Rozumiem i posluguje sie nim bez zadnych problemow.
    Tak czy siak na pewno kazdego dnia mam z nim kontakt - u mnie w kraju wszystkie programy sa w wersji oryginalnej z napisami, wiec i tak na okraglo ogladam po ang.. do tego czegokolwiek bym nie szukala w internecie - zawsze szukam po angielsku. Podreczniki do nauki innych jezykow tez mam w wiekszosci po angielsku. Ksiazki czytam po angielsku bo po grecku na razie nie mam ochoty, a angielskie odpowiedniki tutaj najlatwiej dostac..
    Zatem jestem przykladem osobnika, ktory jezykiem sie wcale nie interesuje, a u ktorego jest na porzadku dziennym i chcac nie chcąc bez odczuwania cały czas ta znajomosc sie rozszerza :) Czyli- da się.

    Poruszyles tez ciekawy temat w swoim komentarzu - certyfikat jezykowy nie musi potwierdzac znajomosci jezyka.. za czasow gdy bylam na studiach, byla mozliwosc wybrania opcji studiow eksternistycznych z hiszpanskiego. Jedna dziewczyna powaznie rozwazala przejscie na ten tryb, miala juz najwyzszy certyfikat z hiszpanskiego i probowala sie dostac na kierunek bez egzaminow, no bo ma certyfikat..A wykladowcy? Sie tylko posmieli, ze nie ma o czym nawet marzyc, ze musi przejsc przez egzaminy wstepne bo we wczesniejszych latach na to zezwalali i sie okazalo, ze osoby z najwyzszym certyfikatem tak na prawde hiszpanskiego nie znaly na tyle zeby sobie na studiach z nim poradzic..

    OdpowiedzUsuń
  11. @Cezary
    Linka do artykułu na AJATT również polecam!

    @Ev
    Oglądasz filmy po angielsku z przymusu, czy dlatego bo Cię interesują? Czytasz książki po angielsku, mimo że są nudne? Angielski przydaje się Tobie jako narzędzie do nauki innych języków, czy sądzisz, że jest to zajęcie bardzo męczące? Czy angielski jako język najszerzej rozprzestrzeniony w internecie Cię męczy? Osoba nie musi być fanem Szekspira (do którego zrozumienia nota bene dzisiejszy angielski nie wystarcza), żeby interesować się tym co niesie z sobą język angielski. A z twojego komentarza wychodzi na to, że jednak owe filmy, książki, podręczniki do języków obcych, źródła internetowe interesują Cię :)
    Ja też nigdy nie byłem szczególnym fanem angielskiego. Ale byłem i jestem zafascynowany rzeczami do jakich ten język jest kluczem - i to właśnie mi chodziło w artykule:)

    Historia z certyfikatami natomiast mówi sama za siebie. Nic dodać, nic ująć.

    OdpowiedzUsuń
  12. Używanie angielskiego nie jest dla mnie męczące. Być może z wyboru chciałabym używać więcej innych języków, ale pogodziłam się z tym, że najwięcej przydatnych i wartościowych informacji dostępnych jest właśnie po angielsku. Nigdy mi nie przeszkadzał, ale fakt jest faktem, że poprzez jego użyteczność nie zapominam go. Nie muszę się specjalnie wysilać, żeby otaczać się nim. On po prostu jest obecny czy tego chcę czy nie. Po za tym rzeczywiście jego znajomość otwiera drzwi do reszty świata. I jest niezwykle cennym pośrednikiem w nauce innych języków. :)

    Natomiast w obronie certyfikatów- wydaje mi się, że w większości języków same certyfikaty nie są żadnym rzeczywistym potwierdzeniem, ale jednak dla potencjalnych pracodawców się liczą- o ile są to te najwyższe, bo niższe to lepiej nawet nie wpisywać do CV. Tak jednak certyfikaty z chińskiego, po bliższej analizie uważam jak najbardziej za wartościowe. Tam się nie da oszukać ani nadciągnąć. Albo ktoś rozumie, umie czytać i pisać albo nie..Dlatego moim marzeniem i dążeniem jest w pewnym momencie zdobycie takiego certyfikatu.. wydaje mi się, że samo jego posiadanie uwiarygodni moje twierdzenia o lepszej bądź gorszej znajomości innych języków.

    Dobry wpis :) Skłania do refleksji :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Też mi się wydaje, że powinniśmy uczyć się języka tego kraju, którego kultura itp. nas najbardziej nas fascynuje... inaczej nie ma sensu uczyć się jakiegokolwiek innego języka...

    OdpowiedzUsuń
  14. @Ev
    Uwaga na temat certyfikatów językowych z chińskiego jest bardzo trafna (bo faktycznie coś trzeba umieć, żeby mieć przynajmniej B1 w przypadku języka pozbawionego alfabetu), aczkolwiek mnie irytuje w tym całym systemie jeszcze jedna rzecz. Ludzie często uważają, że zdadzą certyfikat i mogą automatycznie przestać się uczyć. A, tak jak już ktoś kiedyś powiedział, certyfikat to jedynie dowód tego, że w chwili zdawania egzaminu umieliśmy ten język na danym poziomie. Sam papierek natomiast nie wystarcza, żeby znajomość języka utrzymać.

    OdpowiedzUsuń
  15. Witam.
    Ja mam natomiast życiowy dylemat. Od 15 lat uczę się języka angielskiego. W roku 2010 zostałam licencjonowanym tłumaczem tego języka.
    Chcę się zabrać teraz za drugi język , lecz nie mogę się zdecydować. Interesują mnie ciepłe kraje. Ważne są i pieniądze i fascynacja kulturą. Zastanawiam się nad Włoskim, Arabskim, Hiszpańskim, Tureckim, Hebrajski, Hindi.
    Włoski: łatwy do nauki, fascynująca kultura, świat mody <3, piękny kraj.
    Arabski: fascynująca kultura, ciekawa religia, 'pieniądze', ale ciężki do nauczenia( z tego co słyszałam ).
    Hiszpański: dodatkowy język na studiach, które już ukończyłam, interesujący, ciekawa kultura.
    Turecki: fascynujący, interesująca kultura, biznes=pieniądze; mam przodków turków.
    Hebrajski i Hindi: ostatnio zaczęłam interesować się ich kulturą...
    Uważam, że zaczęło interesować mnie zbyt dużo obcych języków naraz i nie wiem jak teraz z tego wybrnąć. Zgubiłam się w pewnym momencie.
    Dlatego tez proszę o pomoc. Przedstawiłam, mniej więcej, moje odczucia wobec tych języków.
    Gdyby ktoś wiedział jak rozwiązać mój problem proszę o kontakt na mój adres email :
    agnieszkwroclawska@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  16. @AGY

    Rozumiem, że pytanie jest skierowane przede wszystkim do Karola, ale jeśli mogę się wtrącić, to raczej nikt Ci nie odpowie na pytanie, który z tych języków wybrać. Zastanów się z którym językiem i którą kulturą chcesz spędzić resztę swojego życia. Jeśli faktycznie chcesz opanować język, a nie ma to być tylko krótka przygoda, to jest to poważny wybór na całe życie. Z ktrórym z tych języków jesteś skłonna spędzić resztę swojego życia dzień w dzień aż do śmierci... Pomyśl w ten sposób :). Zastanów się też do czego Ci jest potrzebny ten drugi język, dla szpanu, dla pracy tłumacza, dla przyjemności, do czego? Osobiście bym się też bardzo nie kierował oceną łatwy-trudny, to częściowo pozory są, a opanowanie języka w dobrym stopiu i tak będzie bardzo trudne bez względu na to, który wybierzesz.
    A jeśli Cię interesują ciepłe kraje do Ekwador, jak sama nazwa wskazuje, leży na równiku... ;)

    OdpowiedzUsuń
  17. W zasadzie nie mam prawie nic do dodania - Piotr doskonale mnie wyręczył przekazując to co sam bym powiedział. Nie warto opierać wyboru na tym co ktoś Ci doradzi. Bo to jest rzeczywiście zabawa na całe życie.
    Przeglądając zaś twojego bloga stwierdzam, że włoski byłby tu najlepszym wyjściem. Po pierwsze trochę już go znasz, po drugie jest związany z tym co Cię interesuje (i pewnie zawsze będzie). Ale podobnie jak Piotr uważam, że najrozsądniejsze będzie podjęcie samodzielnej decyzji. Ewentualnie możesz wybrać dwa języki - po 3 miesiącach wytężonej nauki bez wątpienia odkryjesz, który bardziej cię interesuje.
    Mam nadzieję, że się uda i dasz nam znać o swoim wyborze :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Jak interesuja cie ciepłe kraje to chyba jednak włoski i hiszpański sa nie do przecenienia - bo arabskie kraje moga sie okazac za ciepłe w przypadku kobiety , w koncu nic milego nosic hidżab w 50 stopniowym upale :)

    Hindi okej i co potem ? Fascynacja bollywood minie po czasie a kobieta w Indiach tez ma nie najlepiej, naprawde dziwne jest ze kobiety pchaja sie tam gdzie maja najgorzej, ja bym wolal wylegiwac sie na plazy DOminikany niz wdeptywac w krowie placki w Delhi

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Hindi okej i co potem ?"

      Oceniaj przyszłość, nie przeszłość i teraźniejszość. Jeśli to stanowi zbyt dużą trudność nie dziel się bezwartościowymi ocenami.

      Usuń
    2. I jeszcze jedno bo zapomniałem :
      Dla fanow chinskiej gospodarki. A ile z tych wzrostow Chinczycy zawdzieczaja sami sobie a ile tak naprawde dostali ‘w prezencie’ od Zachodu w postaci europejskich, japonskich i amerykanskich fabryk, pozwolenia na wlasciwie nieograniczony eksport i jednoczesne jego dotowanie poprzez administracyjne utzymywanie juana na niskim poziomie? Po wojnie probowali wymyslic cos samemu, marnie im to wyszlo…
      Kiedyś prognozowano że Japonia zmiażdzy USA gospodarczo w latach 90-ych - nic sie takiego nie stało. Japonia osiegnała pewien sufit ponad ktory juz im ciężko sie wzbić, ale to nie oznacza stagnacji , którą każdy "ekspert" nagle zaczyna straszyć USA.

      Nie jestem krytykiem chinskiej gospodarki, ale swiat gospodarki nie jest czarno-bialy , a gospodarka chińska, czy indyjska jest oparta na bardzo róznych aspektach.
      Indie ostatnio przyspieszyły , ale kto wie zę jednym z aspektów tego przyspieszenia sa kilkumilionowe slumsy które produkują ubrania, maszyny rolnicze czy leki ?
      Miedzy gospodarkami USA a Indii sa bardzo duze róznice na niekorzyśc tych drugich.

      Poza tym nie ignorowałbym też Unii Europejskiej bo połączona gospodarka krajów unijnych jest wyższa niż amerykańska.
      Tezy o jakimś upadku Zachodu są śmieszne , bo jeśłi zachód by upadł to równocześnie zawali się zbyt bardzo wydumany ostatnio raj gospodarki Chin czy Indii.
      A ekonomiści to jedni z najwiekszych fantastów , ci sami co jeczą że Chiny zdominują swiat - dwa lata temu przewidywali euro po 3zł, dzisiaj sami mogą patrzeć ile ich prognozy sa warte.

      Usuń
  19. Hmmm... Zdecyduję się na Włoski ! Chyba najbardziej mnie fascynuje. Poza tym to centrum mody. Kto wie może będę kiedyś tłumaczem w Mediolanie :D
    Dziękuję Karolowi, Piotrowi i Anonimowemu za pomoc w wyborze :)))

    Potrzebne mi było obiektywne i zdystansowane spojrzenie na ten problem :D

    THX !!!

    love Agy

    Życzę fascynujących zmagań z językami obcymi !

    OdpowiedzUsuń
  20. Tutaj jest coś na temat decyzji życiowych związanych z nauką języków obcych i zawodem tłumacza: http://www.att.pl/pl/publikacje/jak-zostac-tlumaczem.html

    OdpowiedzUsuń
  21. Czytam Twojego bloga od pewnego czasu i fakt ze tu powracam oznacza ze mi sie podoba :)

    Co do certyfikatow to taka mala uwaga, tylko w Polsce pracodawca bedzie wymagac od Ciebie papieru, na zachodzie nikt sie o to nie pyta.
    Od 6 lat pracuje poza polska, najpierw we Francji, potem Anglia i teraz Szkocja. Znam biegle francuski, hiszpanski, angielski i wloski. Wszystkie te jezyki wykorzystuje w pracy z rozna czestotliwoscia.
    Jezeli piszesz w CV ze umiesz dany jezyk to w tym momencie podczas interview jest to sprawdzone poprzez zmienienie rozmowy na inny jezyk. Nikt od Ciebie nie chce zadnych papierow tylko chce slyszec czy rzeczywiscie potrafisz uzywac danego jezyka. I to wystarczy. Inna rzecz ze za sklamanie w CV na zachodzie ma sie powazne problemy wiec sie nie oplaca chwalic tym czego sie nie potrafi w rzeczywistosci.

    Wracajac do tematu uwazam ze certyfikat z popularnych jezykow jak angielski, francuski, niemiecki etc. to strata pieniedzy i a czasem i nawet czasu, oraz samej frajdy z nauki jezyka...
    W polsce jest bardzo dziwne podejscie do wielu spraw ktore czlowiek sobie uswiadamia po przekroczeniu granicy u poznaniu innych kultur.

    Powodzenia w nauce...

    OdpowiedzUsuń
  22. @AGY
    Przyjemność po mojej stronie :) Życzę powodzenia z językiem włoskim!

    @Anonimowy1
    Ciekawy link - dzięki!

    @Anonimowy2
    Na temat CV i certyfikatów mam niemal identyczne zdanie. Gdy widzę jakie osoby czasem zdają certyfikaty bądź zapisują w CV "biegłą" znajomość języka to zastanawiam się czy inna forma sprawdzania umiejętności językowych niż przejście na inny język w rozmowie ma jakikolwiek sens. Można mieć tylko nadzieję, że w Polsce podobna praktyka będzie wkrótce powszechnie stosowana (choć w wielu miejscach jest już teraz).
    Miło mi, że blog się podoba.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  23. ja myślę, że niektórym przydałoby się pouczyć naszego ojczystego języka, a swoją drogą ostatnio znalazłem w sieci ciekawe artykuły dotyczące poprawności polszczyzny w obrębie sportu i to samego profesora Miodka:) zobaczcie http://wroclove2012.com/pl/blog/derby/

    OdpowiedzUsuń
  24. Witaj!
    Na Twojego bloga trafiłam przypadkiem przeglądając fora internetowe. Od pewnego czasu chcę się nauczyć perfekcyjnie mówić po angielsku,. Jest to spowodowane tym, że od podstawówki uczyłam się niemieckiego, a w liceum trafiłam do klasy, gdzie mam rozszerzenie angielskiego. Ponadto mój brat przeprowadził się do Anglii i chciałabym tak jak on mówić perfekcyjnie po angielsku.
    Na Twoją stronę będę wpadać częściej już z niektórych rad skorzystałam (np. ściągnęłam program o nazwie Anki).
    Pozdrawiam serdecznie i czekam na nowe posty :)

    OdpowiedzUsuń
  25. @Anonimowy
    Słuszna uwaga. Natomiast do profesora Miodka mam pewien niewielki uraz związany z jego stosunkiem do języka kaszubskiego. Z pewnością jednak w kwestiach języka polskiego jest on autorytetem i zawsze lubiłem oglądać jego problemy.

    @Julia
    Witaj! Jeśli włożysz w naukę sporo pracy to na pewno się uda :) A nowe posty pojawią się już wkrótce - dłuższa zwłoka była spowodowana tym, że miałem wiele innych rzeczy do zrobienia.
    Pozdrawiam również :)

    OdpowiedzUsuń
  26. No właśnie odnośnie pana profesora Miodka to mam wrażenie, iż odchodzi on już od tej obrony języka polskiego w stricte tego słowa znaczeniu wraz z prądami globalizmu i mody. Nie wiem, może się mylę, a już na pewno nie chodzi mi tu o jakieś insynuacje, lecz kiedyś wydawał mi się bardziej stanowczy w kwestiach nowości językowych, używanych skrótów i ogólnie pojętych niuansach (smaczkach) języka polskiego. Także nie jestem pewien, czy moje podejście do języka jest słuszne, ale uważam, że najpiękniejsze są wciąż formy dawne, a neologizmy, zapożyczenia jakby pomniejszają naszą znajomość. Faktem jest, że tacy ludzie są potrzebni i chwała im, za dostrzegalne zaangażowanie.

    Osobiście zgłębiam angielski bardziej z racji jego użyteczności, którą uważam za dość ważną i kształtującą, zwłaszcza w moim przypadku. Od dwóch lat dodatkowo objąłem za cel rosyjski, otwierający drzwi na piękne wschodnie rejony. Od kilku miesięcy zaraziłem się łaciną, która absorbuje mnie w wolnych chwilach. Ją z kolei wybrałem z powodów ideologicznych - mimo iż ciężko obecnie mówić po łacinie, każdy będący w dziedzinie nauk przyrodniczych winien ją znać. Przynajmniej na tyle, by móc coś przeczytać.

    Ale jeszcze odnośnie wybieranego języka, uważam, że mimo iż zabrzmi to dziwnie, marzeniem moim jest dogłębne poznanie języka właśnie polskiego. W sumie dająca wyłącznie nieopisaną satysfakcję umiejętność w naszej rzeczywistości, nic więcej. A jednak, jakby się zastanowić czy nic? Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  27. Również wolę formy, które nie są zapożyczeniami (choć tak naprawdę gdyby wejść głębiej w historię języka to pewnie niewiele by ich było). Osobiście zawsze drażni mnie zwrot "native speaker". Tak jakby nie było polskich odpowiedników.

    W chęci doskonalenia języka polskiego nie widzę natomiast nic dziwnego. Wręcz przeciwnie, uważam, że prawidłowe posługiwanie się swoim rodzimym językiem jest jednym z warunków do naprawdę dobrego opanowania języka obcego. Osobiście przeraża mnie też gdy widzę na rozmaitych forach internetowych posty pisane bez użycia polskich znaków, przecinków, używania wielkich liter na początku zdania, pełnych błędów ortograficznych i niepotrzebnych emotikon. Sposób w jaki dana osoba posługuje się własnym językiem naprawdę wiele o niej mówi.

    OdpowiedzUsuń
  28. Bardzołatwo przewidziec jakiego trzeba sie uczyc bo CHiny niedlugo przescigna USA, Indie pedza jak zalona kraj sie niezwykle szybko bogaci i niedlugo bedzie konkurencyjny dl Unii Europejskiej , Brazylia szybko sie rozwija i bogaci i zacznie liczyc.
    Otoz angielski straci swoja pozycje na rzecz chińskiego i hindi. Na razie najlepiej rozwija sie w Meksyk w Ameryce Łacińskiej ale to sie kończy bo w USA jest kryzys który będzie sie pogłębiał i gospodarka Meksyku zwolni. Te zawilosci globalistyczne znam tylko jedna osobę co rozumie i nie bede tu operowac za trudnymi pojeciami dla czytajacych. To inaczej znaczy ze warto zainwestować w naukę :
    -chińskiego
    -portugalskiego
    -hindi
    -hiszpańskiego
    Po tych jeyzkach naprawde mozna sporo zarobic w przyszlosci.

    Patrycja ( lektorka i ekonomistka)

    OdpowiedzUsuń
  29. Widzisz Patrycjo, ja nie jestem ani lektorem, ani ekonomistą, ale trochę się orientuję w świecie i wiem, że w takich Indiach jednym z języków urzędowych jest angielski. I to właśnie w nim odbywa się znaczna większość wszystkich transakcji handlowych i nauczania w szkołach wyższych. Nie sądzę, by hindi miał go wyprzeć w najbliższym czasie jako język, na którym można zarobić - i mówię to mimo, że anglofilem nazwać mnie nie można.

    Poza tym przestrzegam też przed ślepą wiarą w prognozy ekonomiczne. Ja jestem (jeśli już tak mamy się trzymać zawodów) specjalistą ds. stosunków międzynarodowych i wiem, że jeszcze stosunkowo niedawno wierzono w wizję tzw. Pax Nipponica, zakładającego, że Japonia będzie największą gospodarką świata. Wątpię też, by na początku lat 80. ktokolwiek przypuszczał, że ZSRR się rozpadnie.

    I proszę, nie chwalmy się tu na lewo i prawo tym, kto jaki zawód ma, bo w dyskusji powinny przeważać rzeczowe argumenty, a nie tytuły naukowe. Poza tym z doświadczenia wiem, że osoba kończąca filologię, czy historię, bądź inną dziedzinę wiedzy niekoniecznie musi się na tym znać.

    OdpowiedzUsuń
  30. Karolu heh przecież nie ona pierwsza powtarza takie wioskowe plotki. :D

    Patrycja
    Ilez to juz slyszelismy o tym chińskim jako jezyku przyszlosci i ile razy juz mowilem ze jest za trudny zeby wyparł angielski , jak Chinczycy chca robic biznes to sami sie powinni uczyc angielskiego i koniec dyskusji.

    A Indie ? Kraj w którym 800mln ludzi zyje w nedzy , gdzie nadal w stoczniach buduje sie statki przy uzyciu rakotwórczego azbestu (!) , gdzie spoleczeństwo jest kastowe i podzielone jak zadne inne , gdzie zwierzata jak chca to wchodza do sklepów i za przeproszeniem wydalaja sie na miejscu , gdzie przecietny Indus który cos tam moze osiagnac bo zna sie np na komputerach marzy zeby wyjechac do USA czy UK i w tym celu cala rodzina zbiera mu na bilet - haha to ma byc konkurencja która przebije USA ?? Kpiny !

    Brazylia to tez na razie trzeci swiat jesli chodzi o gospodarke jak i cala Ameryka Łacińska.

    Ani portugalski, ani chiński ani hindi nie wypra angielskiego.

    A hindi który nawet w Indiach ma problemy z osiagnieciem statusu jedynego oficjalnego jezyka - bo w takim Punjabie czy Bengalu w ogole nikt nawet nie mysli o jego dominujacej roli - to juz w ogole pocieszne stwierdzenie.

    Studia ekonomiczne sa fajne ale zdrowy rozsadek tez sie przyda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten kto sądzi, że brazylijska gospodarka to trzeci świat, a amerykańska jest daleko przed chińską czy indyjską jest głupcem lub ignorantem.

      Usuń
    2. Głupcem to jest kolejny anonimowy "geniusz" próbujący zabłysnać swoim chamstwem bo na pewno nie wiedzą i poprawiajacy wszystkich mimo ze sam pisze głupoty.

      Gospodarka USA wedlug wskaźnika GDP - 14 430
      Gospodarka Indii wedlug wskaźnika GDP - 1 095

      USA jest wiec daleko przed Indiami i dlugo bedzie.
      Dziekuje dobranoc, nastepnym razem chyba pójde śladem Peterlina i nie odpowiadam już na posty anonimowych pajacy bo szkoda klawiatury na coś takiego.

      Usuń
  31. Witam, pierwszy raz tutaj jestem. Szperanie po sieci mnie tutaj przyniosło;) Przeczytałam ten artykuł i jeszcze jeden o facie (hmm..., dziwna nazwa, w każdym razie chodziło o to, że pierwsze poczynania z językiem zauważamy, natomiast później jest gorzej). Ja właśnie jestem w takiej fazie, ale już się biorę za siebie. Interesuje mnie jeszcze odpowiedź na inne pytanie: Czy lepiej uczyć się 1 języka obcego po iluś tam latach kolejnego, czy skuteczna jest nauka 2 lub więcej języków obcych naraz. Dla mnie to stanowi straszny kłopot, dlatego skupiam się na jednym. W sumie nie mam talentu do języków, ale staram się jak mogę. Na początku leciała z dwoma (jak w szkole, też zawsze były 2, ale zawsze któryś był dla mnie ważniejszy) i teraz jest podobnie, nie radzę sobie z dwoma naraz i jestem zła na siebie, bo wiem, że teraz będę musiała odczekać x czasu opanować 1, a następnie zabrać się za kolejny. Czy ktoś tak ma?;) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  32. Witaj szara007! :)
    Trudno mi na to pytanie odpowiedzieć, ale się postaram. Skupiając się na jednym języku zamiast na kilku i przeznaczając dokładnie tą samą ilość czasu siłą rzeczy szybciej nauczysz się tego jednego języka niż gdybyś uczyła się dwóch lub więcej. Warto jednak wziąć pod uwagę, że rozpoczynając naukę drugiego języka nadal będziesz musiała kontynuować naukę tego pierwszego - to może być czytanie książek, rozmowy, oglądanie TV, cokolwiek, co by pozwalało na utrzymanie poziomu na relatywnie wysokim poziomie. Bo jak nie będziesz go codziennie używać to prędzej czy później pojawią się w nim braki. Musisz więc być wtedy przygotowana na kontakt przynajmniej z dwoma językami.

    Jeśli jednak jest tak jak mówisz to skupiłbym się na jednym i potem wziął się za drugi gdy stwierdzisz, że dasz radę. Możesz też przeczytać inne posty na blogu - możliwe, że znajdziesz parę wskazówek, które Ci pomogą.
    Pozdrawiam również!

    OdpowiedzUsuń
  33. Hej moj chlopak jest z Indii, zamierzam sie nauczyc od niego hindi , mozna dostac po tym prace w PL ?
    W planie mam wyjazd do indii z nim ale to moze za 5 lat a tutaj na razie musze jeszcze zostac w PL - wiec daloby mi cos jakbym sie nauyczla hindi ??
    Dodam ze jest bardzo przystojny wiec chce mu tez zaimponowac ze znam jego jezyk hehehehe , odpowiedzcie
    anula :DDDDD

    OdpowiedzUsuń
  34. Ja proponuje sie nauczyc kantlońskiego , pracuje jako kelnerka w kazdym sezonie turystycznym i zachecam do wyjazdów w poszukiwaniu pracy a jeyzk to ulatwia !

    OdpowiedzUsuń
  35. Język to okno na całkiem inny świat. Jeśli na świat, który nas fascynuje, to warto je otworzyć, co łatwe nie jest. Jeśli świat za oknem zupełnie nas nie interesuje, a liczymy na zarobienie na otwarciu okna, to daleko, moim zdaniem, nie zajedziemy ;)

    Zgadzam się, że warto się uczyć języka kraju, który nas fascynuje, ostatecznie języka, który daje nam dostęp do materiałów, które są dla nas interesujące. To ostatnie to zaleta angielskiego.
    Też nie jestem anglofilką. To dla mnie język użytkowy, kulturą USA czuję się jak coś to raczej... przygnieciona ;)

    Jakby się tak zastanowić, które języki otwierają dostęp do największych światów, to należałoby się chyba uczyć poza angielskim jeszcze rosyjskiego, chińskiego i hiszpańskiego.

    Tekst Patrycji jest jedną z tych wypowiedzi, które się fajnie czyta po latach, widząc, jak zabawnie ludzie wyobrażali sobie przyszłość.
    Równie dobrze ekspansja Chin może wpłynąć na rozwój esperanto. Chińczycy chętnie się go uczą, a jest o wiele prostszy od ich rodzimego języka.

    Co do podlinkowanego tekstu o zarobkach powiem wprost - pic na wodę.
    Mnóstwo osób z bardzo dobrą znajomością różnych języków nie może znaleźć pracy wcale.
    Wiele osób znających np. niemiecki czy francuski pracuje na stanowisku sekretarka-tłumacz i wcale nie zarabia kokosów. Co pokazuje, że język tak naprawdę jest dodatkiem do rzeczywistego zawodu.
    Nie wiem, skąd im to wyszło, może np. do szwedzkiego wzięli jakiegoś menedżera w szwedzkiej firmie. Bo właśnie, inne będą zarobki menedżera, inne tłumacza przysięgłego, a inne lektora, czy nauczyciela w szkole.

    OdpowiedzUsuń
  36. Z tym, który język będzie przydatny, to chyba nigdy nie wiadomo. Po pierwsze, patrząc globalnie, trudno przewidzieć, co będzie za n lat i czy może jakiś język nabierze dużego znaczenia, może nawet wyprze angielski (nie jest to przecież nic nierealnego, ale na pewno wymagającego dużo czasu, pewnie nie dożyjemy). Po drugie, skupiając się na własnym życiu, to nie wiemy, czy znajdziemy akurat pracę, w której będzie wymagany język, którego się uczymy. Jeśli nie będzie, to na nic nam się on nie przyda (no chyba, że będzie to język mniej popularny, co może pomóc zwrócić uwagę na nasze CV). Tak więc uważam, że nauka języka dla przyszłych korzyści jest bez sensu.
    A te statystyki to niby jakie mają znaczenie i co mają udowodnić? Bzdury. Przecież Ci ludzie znający dany język mają też inne umiejętności i wykonują pewnie zawody, gdzie języki są narzędziem, a nie celem same w sobie.

    OdpowiedzUsuń
  37. O indyjskich slumsach już napisałem to jeszcze polecam przeczytac to zanim ktoś niechybnie uwierzy w pierdoły wypisywane przez kolejnego anonimowego szkodnika.

    http://www.mt1033.pl/chiny-nie-zdominuja-swiata---sa-za-malo-tworcze,363,a.html

    I polecam też sie zastanowić czy japońska pozycja gospodarcza pozwoliła na dominacje jezyka japońskiego ?
    To czemu tak ma sie stac z portugalskim czy hindi ?

    OdpowiedzUsuń
  38. Co do esperanto to raczej już mu nic nie pomoże :) Ten język nigdy nie wejdzie w życie tak na poważnie.
    Zresztą sorry sztuczny język do mnie w ogóle nie trafia...miałem raz okazję uczyć się tego języka, tak dla ciekawości i powiem tak że kurs który miałem, miał 170 stron pdf, przerobiłem 80 stron i nadal nie wiedziałem jak odmienić czasownik "być" więc to mówi za siebie jakie są to kursy i kto je tworzy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To sporo też mówi o zaangażowaniu i prawdziwych chęciach nauczenia się tego języka.

      Usuń
  39. Z dwoma ostatnimi akapitami zgadzam się całkowicie. Najlepiej i najlżej szła mi w życiu nauka suahili (uczyłam się przez dwa lata na lektoracie). Poza zajęciami uczyłam się go prawie codziennie w domu, bo po prostu sprawiało mi to przyjemność. Ogromnie interesuje mnie ten rejon świata.

    OdpowiedzUsuń
  40. Warto uczyć się języków indoeuropejskich, natomiast prawdziwym wyzwaniem są języki aglutynacyjne (węgierski, fiński, estoński, japoński, koreański, turecki czy mongolski). Warto również zastanowić się, co dana osoba rozumie poprzez pojęcie rozumienia języka. Czy jest to rozumienie tekstów, czy tylko rozumienie ze słuchu, a może swobodna komunikacja na poziomie werbalnym np. w języku chińskim? Nie chce mi się wierzyć, żeby studenci z Krakowa czy Warszawy byli w stanie mówić po chińsku, no ale papier to papier. Arabski jest do nauczenia jak najbardziej (język nostratycki całkiem podobny do języków indoeuropejskich). Chiński - wątpię. Z japońskim w ogóle nie miałem kontaktu. Hindi to wiadomo - w końcu to nasza wielka rodzina językowa. Ja z kolei polecam języki północnogermańskie i bałtyckie no i oczywiście słowiańskie. Moja lista języków: polski (natywny ;) , rosyjski, serbski, angielski, niemiecki, włoski, szwedzki, łotewski. A kiedyś może przydałoby się włączyć do tej listy hiszpański, portugalski (ale znowu pytanie jak pogodzić 2 wersje oficjalne: europejską z brazylijską), może rumuński no i ten arabski - język przyswajalny, ale trudny do czytania.

    OdpowiedzUsuń
  41. Ja wiem po sobie z perspektywy juz teraz 4 mc ze jednak angielski to podstawa. Sama zaczełam chodzić do tej szkoły www.academyofnewyork.com w Warszawie. Szukałam dosyc długo tej odpowiedniej bo w sumie szkół dużo a nie wiadomo czym sie kierowac przy wyborze tej własciwej. Ale ta z polecenia znajomej rzeczywiscie jest świetna. A ja wreszcze wiem ze moge sie profesjonalnie uczyć jezyka.

    OdpowiedzUsuń