sobota, 18 grudnia 2010

Jak ja to robię, czyli podręcznik po podręczniku

Jedną z zasad jaką powinna się kierować osoba pisząca bloga jest pisanie tego co chcą czytelnicy. Z tego też powodu przed tygodniem napisałem o języku afrikaans i sądząc po komentarzach, było to wyjście całkiem trafione. W każdym razie do afrikaans jeszcze powrócimy. Ostatnimi czasy wiele osób pytało o moje podejście do podręczników Assimil, więc postanowiłem o tym napisać. W zasadzie nie tylko chodzi mi o tą serię - większość rzeczy jakie opiszę można równie dobrze stosować do każdego kursu, który posiada materiał audio oraz książkę, w której znajdują się dialogi, czytanki i objaśnienia gramatyczne.

Pierwszą rzeczą jaką uważam za niesłychanie ważną jest osłuchanie się z materiałem i imitowanie go w jak najlepszy sposób. Problem na pierwszy rzut oka wydaje się banalny - wielu ludzi ten krok często pomija kompletnie nie zwracając uwagi na fonetykę i stwierdzając, że "jakoś to będzie". Tymczasem wyćwiczenie poprawnej wymowy niektórych głosek jest kwestią bardzo ważną. I nie chodzi mi tu o uzyskanie wymowy identycznej z native speakerem - prawdopodobnie nasza zawsze będzie się różniła. Dobrze jednak byłoby wymawiać dane głoski tak jak powinny być wymawiane w danym języku, a nie porównywać je do głosek polskich, które, mimo pewnego podobieństwa, brzmią często trochę inaczej. Chodzi o to, by wymawiać angielskie "th" zamiast "t" (bądź, jak na Ukrainie i prawdopodobnie na innych obszarach byłego ZSRR "s"), francuskie/niemieckie "r" zamiast "r" polskiego, odróżniać ukraińskie "г" i "х" - czasem może to być bardzo trudne, ale moim zdaniem akurat w tej kwestii nie ma rzeczy niemożliwych. Sposób natomiast w jaki imitujemy dźwięki jest dowolny - można przesłuchiwać od czasu do czasu cały materiał, a można to robić wraz z kolejnymi lekcjami. Można używać metody shadowing, a można powtarzać po lektorze - próbowałem obydwu i wielkich różnic nie zauważyłem. Ważne tylko by robić to na głos, próbując być nawet przesadnie podobny do lektora.

Imitowanie materiału audio na głos, czytanie na głos, wreszcie tłumaczenie na głos - dlaczego nie jedynie w myślach? Bo w ten sposób ćwiczymy poprawną artykulację i naprawdę mówimy. Ktoś powie, że jest to tylko bezmyślne powtarzanie tekstu, bądź czytanie. Prawda jest jednak taka, że ktoś kto nie potrafi płynnie czytać albo imitować lektora w obcym języku, tym bardziej nie będzie dobrze mówił, gdy już zajdzie taka potrzeba. Wielu ludzi popełnia natomiast błąd, że siedzą nad podręcznikiem i zamiast naprawdę mówić, mamroczą pod nosem. Później natomiast mają problemy z powiedzeniem czegokolwiek mimo, że znają całkiem dobrze gramatykę i słownictwo.

Powiedzmy, że omówienie części dźwiękowej mamy już za sobą. Część druga to pisanie. Z reguły przepisuję wszystkie dialogi w osobnym zeszycie. Po lewej stronie język, którego się uczę, po prawej jego tłumaczenie - na dole, bądź w zdaniach umieszczam moje własne komentarze gramatyczne. Nie mam żadnego dowodu, na to, że to działa. Prawdopodobnie jednak przyswajam sam materiał lepiej, nie robię błędów ortograficznych i bardziej wnikliwie zastanawiam się nad konstrukcjami. Przy okazji sporo frajdy sprawia pisanie w języku, którego tak naprawdę się nie zna. W późniejszych lekcjach już się trudniej zmobilizować, ale nadal uważam, że warto. Przepisany tekst oczywiście analizuję pod kątem słownictwa, gramatyki.

Po przesłuchaniu, imitacji i przepisaniu dialogu z danej lekcji raczej nie ma możliwości, byśmy go nie zrozumieli. Jedyne co nam więc pozostaje to przełożenie tłumaczenia na język, którego się uczymy. Ostatnimi czasy pojawiło się mnóstwo głosów mówiących o tym, że nie ma sensu tłumaczyć z jednego języka na drugi i że lepiej jest nauczyć się myśleć w obcym języku, najlepiej w zupełnym oderwaniu od twojego ojczystego. Nie jestem neurologiem i nie wiem czy tłumacząc tworzymy jakieś nowe połączenia w mózgu. Wiem tylko, że jest to najstarsza metoda nauki języka na świecie i przez setki lat się sprawdzała :) Przy okazji ćwiczymy też samą zdolność tłumaczenia z jednego języka na drugi, co się w życiu przydaje.

Jeśli natomiast w tych tłumaczeniach robię błędy to przychodzi czas na ANKI. Przeważnie błędy te dotyczą nie słownictwa (które po przesłuchaniu i przepisaniu jest z reguły znane), a struktur gramatycznych. Gdy więc popełnię błąd, staram się odnaleźć jego przyczynę i poprawić. Następnie nieznacznie zmieniam to zdanie i wstawiam do ANKI, żeby zastosowanie danej reguły się utrwaliło.

Jest jeszcze jedna rzecz, o której nie wspomniałem, czyli faza pasywna i faza aktywna - sposób przejścia podręcznika jaki poleca Assimil. W przypadku języka, o którym nie mamy zielonego pojęcia jest to całkiem ciekawe rozwiązanie. Poniekąd na tym też polega moje wstępne osłuchiwanie się z językiem i spisywanie dialogów. Nie lubię się jednak trzymać jakiegoś systemu w stylu jedna lekcja = jeden dzień. Każde zagadnienie ma odmienny stopień trudności - jeśli czułem, że coś w języku serbskim było prawie identyczne jak w polskim lub rosyjskim, to wiedziałem, że nic się nie stanie jeśli pójdę dalej. Czasem oznaczało to kilka jednostek lekcyjnych dziennie. W innym wypadku mogło to być przerobienie jednej lekcji w kilka dni. Bywa też, że wspomagam się jakimiś książkami do gramatyki jeśli dane zagadnienie mnie szczególnie nurtuje, jednak na początku nauki staram się raczej tego unikać.

A teraz NAJWAŻNIEJSZE:
To nie jest przepis na znajomość języka. Samo przejście podręcznika absolutnie niczego nie rozwiązuje. To jest raczej tworzenie solidnej podstawy, którą następnie należy rozbudowywać stosując tą wiedzę w praktyce.
Jeśli ktoś z tych rad skorzysta - fajnie. Jeśli ktoś stwierdzi, że mu nie odpowiadają, zna lepsze i o nich napisze w komentarzach - ucieszę się jeszcze bardziej. Fakt jest taki, że istnieją tysiące sposobów na to, jak przejść przez podręcznik. Wielu ludzi w internecie przedstawia swoje sposoby nauki języka i chwała im za to. W tych wszystkich prezentacjach nie chodzi jednak o to by ślepo podążać za tym co ktoś powie, lecz wykorzystywać niektóre porady, by tworzyć coś w rodzaju własnego systemu nauki. Sam mój sposób nauki co jakiś czas zmieniam uznając, że niektóre elementy są niepotrzebne, lub mnie zwyczjnie nużą. Wszystkim więc polecam eksperymentowanie i wybranie indywidualnej drogi, którą uznacie za najlepszą. I życzę każdemu aby mu się udało takową znaleźć!

Podobne posty:
Rewelacyjny program do nauki słówek - Anki
Przewodnik po Anki
Recenzja kursów Assimil
Czy 1000 słów i 70% rozumienia to dużo?
5 rzeczy jakich mnie nauczyła nauka czeskiego

sobota, 11 grudnia 2010

Afrikaans - krótki wstęp historyczno-kulturowy

Transvaal
W przeciągu ostatnich dwóch tygodni otrzymałem kilka maili i komentarzy od osób zainteresowanych językiem afrikaans i tym co mnie w nim pociąga. Artykuł o afrikaans i w ogóle jakieś wprowadzenie do historii oraz kultury Afrykanerów (bo twierdzę, że trudno postrzegać dany język w całkowitej separacji od kultury i historii narodu, który nim włada) postanowiłem napisać już jakiś czas temu, jednak nie byłem pewien czy kogoś to zainteresuje. Sądząc jednak po reakcjach czytelników właśnie nadeszła najodpowiedniejsza chwila na opublikowanie tych materiałów. Zapraszam zatem do lektury!

Wielu ludzi, którzy pierwszy raz stykają się z nazwą "afrikaans" uważa, że mają do czynienia z językiem w stylu swahili, zulu czy xhosa. Zresztą trudno się dziwić - przymiotnik "afrikaans" wskazuje jednoznacznie na pewien kotynent, raczej nie utożsamiany z białą ludnością. I rzeczywiście oznacza on właśnie "afrykański". Tyle że po niderlandzku. Afrikaans jest bowiem językiem germańskim, bardzo blisko spokrewnionym z niderlandzkim. Osoby znające angielski i niemiecki też zaraz zauważą, że niektóre wyrazy wyglądają bardzo znajomo.

Skąd się to jednak wzięło w Afryce? W tym celu będę musiał zrobić bardzo krótki wywód o historii RPA ze szczególnym uwzględnieniem Afrykanerów. Już we wcześniejszym artykule poświęconym językom tego kraju wspomniałem, że pierwotnymi mieszkańcami południowej Afryki były ludy władające językami khoisan. W powszechnej świadomości otrzymali raczej pejoratywne określenie "Buszmenów". Następnie od północnego wschodu zaczęły tu napływać ludy Bantu, które obecnie stanowią większość mieszkańców RPA. Do właśnie do nich należą takie ludy jak Zulu, Xhosa, Sotho czy Tswana.

Pierwsze trwałe osadnictwo europejskie jest związane z osobą Jana van Riebeecka. Był on dowódcą holenderskiej wyprawy, która w 1652 roku założyła osiedle będące zalążkiem dzisiejszego Kapsztadu (zawsze wolałem afrykanerską nazwę Kaapstad niż angielskie Cape Town). Dla białych mieszkańców RPA (w szczególności dla tych władających afrikaans) stał się on niejako ojcem narodu, czego dowodem było umieszczenie jego podobizny na południowoafrykańskich banknotach używanych do 1994 roku.

Jan van Riebeeck na starym banknocie 20-randowym


Holenderska kolonia stale się rozrastała okalając całe południowo-zachodnie wybrzeże. Do Kolonii Przylądkowej (afr. Kaapkolonie) przybywali również liczni przybysze z Niemiec, Francji, Portugalii oraz krajów skandynawskich. Ludność tego obszaru stanowiły też ludy khoisan, oraz sprowadzeni tu przez Holendrów przybysze z Dalekiego Wschodu, m.in. Malezji. Używany do codziennej komunikacji język niderlandzki przesiąkł więc elementami obcymi i zaczął się zmieniać. Wciąż jednak był jeszcze uważany za południowoafrykański dialekt niderlandzkiego.

Oranje
W XVIII wieku holenderska potęga kolonialna zaczęła się chylić ku upadkowi i w roku 1795 władzę nad Kolonią Przylądkową przejęli Brytyjczycy. Wielu osadników holenderskich niezadowolonych z władzy brytyjskiej postanowiło wyruszyć wgłąb lądu w poszukiwaniu wolności i z zamiarem utworzenia niepodległego państwa. I tak się rozpoczęła tzw. Wielka Wędrówka (afr. Die Groot Trek) - jedno z najbardziej romantycznych wydarzeń w historii. W latach 30 i 40 XIX wieku całe rodziny wybrały się na północny wschód, gdzie założyły dwa państwa - Oranje oraz Transvaal, nazwany później Republiką Południowoafrykańską (istniało jeszcze trzecie - Natal - ale upadło bardzo szybko pod naporem Brytyjczyków i Zulusów). Kraje te, nazywane potocznie Republikami Burskimi (nazwa pochodzi od boer co po niderlandzku znaczy rolnik, farmer), zaczęły prosperować głównie dzięki odkryciu na ich terenie złóż diamentu oraz złota. Bogactwa te jednak przyciągnęły znów Brytyjczyków, którzy zamierzali podporządkować sobie te terytoria. Konsekwencją tego był konflikt znany powszechnie jako wojny burskie. Szczególnie druga z nich (1899 - 1902) odznaczyła się wyjątkowym okrucieństwem. Brytyjczycy nie mogąc sobie poradzić z burską partyzantką zaczęli systematycznie unicestwiać miejscową ludność cywilną umieszczając ją w obozach koncentracyjnych. Ostatecznie spór został złamany i Burowie po raz kolejny musieli uznać zwierzchnictwo brytyjskie. Transvaal i Oranje utrzymały jednak osobną administrację, a język niderlandzki został uznany jako urzędowy obok angielskiego.

XIX wiek. Kraj Przylądkowy - niebieski, Oranje - pomarańczowy, Transvaal - zielony, Natal - czerwony


Flaga RPA 1961 - 1994
Ale język Afrykanerów (tzn. tych z Prowincji Przylądkowej, jak i Burów) się stale rozwijał i coraz bardziej odbiegał od holenderskiego standardu literackiego. I tak oto 8 maja 1925 roku język afrikaans stał się językiem urzędowym w miejsce niderlandzkiego. Faktycznie został więc uznany za osobny język literacki, którego znaczenie jeszcze urosło wraz z ogłoszeniem niepodległości przez RPA w roku 1961. W latach apartheidu (czyli do 1994 roku) język afrikaans był przede wszystkim kojarzony właśnie z białym reżimem (mimo, że większą część władających nią stanowią tzw. kleurlinge będący ludnością mieszaną rasowo). Spowodowało to, że po upadku systemu segregacji rasowej język ten utracił swoją nadrzedną rolę w państwie. Wciąż jednak jest jednym z 11 języków urzędowych RPA, przy czym zajmuje 3 miejsce pod względem liczby native speakerów (po zulu i xhosa) i 2 pod względem wydawanych gazet, książek, filmów (po angielskim). Jest też najczęściej nauczanym drugim językiem oprócz angielskiego.

Afrikaans jako język ojczysty w RPA


Język afrikaans posiada bardzo mocną pozycję na terenie byłej Prowincji Przylądkowej, gdzie w niektórych regionach włada nim więcej niż 95% ogółu ludności. To tu też znajdują się tak ważne dla afrykanerskiej kultury miasta jak Kapsztad, Stellenbosch oraz Graaff-Reinet. Całkiem mocną pozycję utrzymuje też w okolicach dawnych stolic republik burskich, czyli w Pretorii (Transvaal) oraz Bloemfontein (Oranje). Warto jednak zauważyć, że we wschodniej części RPA kultura afrykanerska zostaje wypierana - na porządku dziennym są chociażby zmiany nazw miast. Tak np. Pietersburg, będący jednym z bastionów języka afrikaans na północnym wschodzie obecnie nazywa się Polokwane. Podobnie miała się sprawa z Pretorią, którą miejscowi działacze ANC (Afrykański Kongres Narodowy - organizacja walcząca wcześniej z apartheidem, obecnie monopolista na południowoafrykańskiej scenie politycznej) zamierzali swego czasu nazwać Tshwane, jednak z uwagi na protesty Afrykanerów udało się na razie zachować starą nazwę miasta.


To tyle jeśli chodzi o niezbędny wstęp kulturowo-historyczny do tego wspaniałego języka. Z racji długości tego artykułu i tego, że dalsza część byłaby pewnie równie długa, a nie chciałbym nikogo zamęczać moimi elaboratami postanowiłem dalszy ciąg zostawić na później. Dla ludzi ciekawych jak ten język wygląda (a go jeszcze nie widzieli) postanowiłem zapisać fragment przykładowego dialogu z podręcznika Teach Yourself, na którym poszczególne osoby przedstawiają z jakich regionów RPA pochodzą. Prawdopodobnie nawet jeśli nie znacie podstaw afrikaans, a mieliście styczność z innymi językami germańskimi to nie powinniście mieć problemów ze zrozumieniem tego tekstu:
Willem: Ek is 'n bruinman, 'n "Kaapse kleurling". My huistaal is Afrikaans. Ek is 'n Christen.
Ben: Ek is 'n Maleier. Ek woon ook in die Kaap. My huistaal is ook Afrikaans. Ek is Islamies.
Koos: Ek is 'n Afrikaner boer van die Vrystaat. Ek is ook 'n Christen.
Andries: Ek is 'n bruinman; 'n Griekwa, een van die Khoimense. Ek woon in die Vrystaat, langs die Gariprivier (die Oranjerivier soos die boere dit genoem het). Die woord "Garieb" is 'n Khoi woord. Ek is ook 'n Christen en my huistaal is ook Afrikaans.
Xai: Ek is, wat die witmense noem, 'n Boesman. Ons mense noem ons self die San. Ek woon in die Nord-Kaap en in die Kalahariwoestyn. My huistaal is San, maar soos die meeste mense  van die Sanmense praat ek ook goed Afrikaans. Ons het ons eie tradisionele geloof.
Zachęcam zatem do samodzielnej próby zrozumienia tekstu bez pomocy żadnych słowników. To jest jedno z ciekawszych zajęć jakie miłośnik języków może robić czyli odkrywać znaczenie języka nieznanego przy pomocy tych, które są już w pewnym stopniu znane. Jeśli będzie natomiast niezbędna pomoc z jakimś zdaniem to piszcie.

Dalszy ciąg nastąpi za jakiś czas. Najpierw będę jednak musiał napisać Ev o moim podejściu do podręczników Assimil, jako że to obiecałem. Tym bardziej, że pozostali czytelnicy również coś z tego wyciągną.

Podobne posty:
RPA - państwo 11 języków urzędowych
Pierwsze wrażenia z nauki xhosa
A nie mylą ci się te języki?
Ile obcości jest w języku obcym?
Moja lista 20 języków - część 1

niedziela, 5 grudnia 2010

Płynny w 3 miesiące... Czy aby na pewno?

Najpierw miało być podsumowanie listopada, następnie artykuł o roli podręczników, który w końcu się rozmył, tj. poruszyłem tyle wątków, że napisanie go jako pojedynczej jednostki mijałoby się z celem. Pomysłów w każdym razie starczy na jakieś 5 artykułów. Tak czy inaczej jednak miało to wiele wspólnego z tym o czym napiszę dzisiaj. Wielu z was o Bennym Lewisie słyszało, czytało, może nawet jest czytelnikami jego bloga "Fluent in 3 months". Sam do niedawna należałem do grupy tych ostatnich, zamieszczając nawet linka do jego strony w bocznym panelu. Ostatnimi czasy musiałem jednak nieco zrewidować swoje poglądy na tą sprawę.

Motywacją do tego stała się rozmowa jaką przeprowadziłem z dwoma znajomymi z pewnego polskiego forum językowego. W końcu zeszła ona na temat poliglotów zamieszczających filmy na youtube takich jak Alexander Arguelles (http://www.youtube.com/user/ProfASAr), Moses McCormick (http://www.youtube.com/user/laoshu505000), czy wspomniany już wyżej Benny. Takie osoby często mogą być inspiracją dla początkujących miłośników języków obcych i w internecie aż roi się od osób, które uznają ich za swojego rodzaju guru o nadziemskich umiejętnościach. Tymczasem rzeczywistość wygląda różnie, szczególnie w przypadku, gdy ktoś zamierza na nas zarobić w możliwie najszybszym czasie.

Do profesora Arguellesa przyczepiać bym się nie chciał - raczej uważam go za postać wartą polecenia każdemu człowiekowi zainteresowanemu językami obcymi i ma przynajmniej elementarną znajomość języka angielskiego. Jego filmy, niektóre lepsze, niektóre gorsze, potrafią być naprawdę inspirujące (przynajmniej w mojej opinii). Moses McCormick zamierza poznać 60 języków - trochę sporo jak na mój gust, aczkolwiek stara się być w tym wszystkim skromny i nie pretenduje do władania "płynnie" każdym z nich (właściwie jego celem jest dojście do każdego na poziom średnio zaawansowany). Tymczasem pan Lewis z moich obserwacji wiedzę ma najmniejszą, a chwali się osiągnięciami jakie są dla zwykłego śmiertelnika raczej niemożliwe...

Nazwa bloga brzmi "Fluent in 3 months" - jest kapitalna, wielu ludzi zacznie czytać z nadzieją, że ich problem związany z językami obcymi zniknie jak bańka mydlana. Niestety w końcu okazuje się, że tak naprawdę nie znajdziemy tam nic odkrywczego. Bo, powiedzmy sobie szczerze, na to, że najlepszym sposobem na naukę języka obcego jest wyjazd do obcego kraju i rozmowy z tubylcami wpadł chyba każdy... W sumie porady niewiele dadzą większości ludzi, którzy z takiej formy nauki skorzystać nie mogą. Postanowiłem więc się przyjrzeć jak wygląda jego "fluency" w języku o jakim mam przynajmniej mgliste pojęcie, czyli w niemieckim. Wywiad w języku niemieckim znajdziecie tu: http://www.youtube.com/watch?v=zOogAZ5ivxo

Wszystko bardzo fajnie, osoba nie znająca niemieckiego pewnie byłaby zachwycona. Ja znam niemiecki raczej słabo i oczekiwałem, że ktoś kto jest "fluent" powali mnie na nogi. Tymczasem nie powalił. Wrażenie jest jeszcze mniejsze, gdyż mogę przypuścić, że mniej więcej wiedział na jaki temat będzie mówił. I nie piszę tego, aby powiedzieć wszystkim, że autor "Fluent in 3 months" niemieckiego nie umie. Owszem, umie, ale na pewno daleko mu do tego by głosić wszem i wobec, że płynnie nim włada. A mniej więcej na tym opiera się jego strona - jest "poliglotą władającym płynnie 8 językami, z których każdego nauczył się w 3 miesiące". I wszystko to bym jeszcze scierpiał, gdyby nie fakt, że tym hasłem reklamuje swój przewodnik do nauki języków obcych (jej recenzję znajdziecie u Michała na "LangSpocie"). I nie wiem jak pozostali, ale ja się poczułem trochę oszukany (książki na szczęście nie kupiłem).

A jak jeszcze przeczytałem jego poglądy na temat językoznawców i obronę tego stanowiska ("sports stars are to sports journalists what language learners are to linguists") to... Powiedzmy, że to przemilczę.

Jakie jednak wnioski z tego warto wyciągnąć?
1. Język obcy to nie jest coś co możesz opanować bez ciężkiej pracy w krótkim odstępie czasu. I powie to niemal każdy, kto języka obcego się naprawdę nauczył do wysokiego poziomu.
2. Warto być czasem skromnym i nie rzucać na lewo i prawo zwrotami w stylu "płynnie mówię po...". Bo można się naciąć. Najsmutniejsze jest też to, że bardzo często osoby znające jakiś język bardzo dobrze, widząc ile im brakuje do rodzimych użytkowników, oceniają swoją znajomość bardzo przeciętnie. Sam zresztą jestem najlepszym przykładem - 3 lata temu oceniałem swój rosyjski znacznie lepiej niż obecnie, mimo że, w gruncie rzeczy, byłem w nim słabszy.

Podobne posty:
Blog językowy AJATT - ciekawa metoda nauki
A nie mylą ci się te języki?
5 rzeczy jakich nauczyła mnie nauka czeskiego
Nie masz siły - zrób coś małego
Historia motywacyjna

sobota, 27 listopada 2010

Moja lista 20 języków - część 1

Poniższego posta proszę traktować z pewnym przymrużeniem oka. To nie będzie coś w rodzaju planu na życie, którego się będę kurczowo trzymał - raczej widziałbym w tym luźne rozmyślanie na temat tego jakie języki chciałbbym poznać w ciągu najbliższych kilkunastu, kilkudziesięciu lat. Zapewne ich lista w przyszłości ulegnie pewnym zmianom, w zależności od tego jak się życie potoczy. Myślę jednak, że niektórych może zaciekawić co o tym myślę aktualnie.

Pomysł pod napisanie tego artykułu podał mi już jakiś czas temu w jedym z komentarzy peterlin. Ostatnio reaktywowała tę myśl w mojej głowie Ev, która najpierw komentowała mojego bloga, a następnie zaczęła pisać swój własny - http://onaucejezykow.blogspot.com/. Wszystkim, szczególnie tym zainteresowanym językiem chińskim, hiszpańskim lub greckim gorąco go polecam.  Jako że z mądrych rad należy korzystać, tak więc wziąłem się za konstruowanie listy 20 języków jakich chciałbym się nauczyć w przyszłości i niniejszym ją publikuje.

Dlaczego 20?
Liczba 20 jaka widnieje w rubryce "O mnie" jest w dużej mierze przypadkowa. To może być równie dobrze 15, a może być 25. A jeśli ktoś chce wiedzieć dlaczego jest ich aż tyle, to od razu odpowiadam, że po prostu lubię to robić i jestem ciekawy świata. Lubię czytać o Rosji po rosyjsku, a o Niemczech po niemiecku. Jako że kultur jakie mogłyby mnie zainteresować w przyszłości jest znacznie więcej niż 20 tworzenie listy raczej będzie polegało na odrzucaniu języków, na które nie starczy czasu (niestety :/),

Główne języki 1-4
Tu zamieszczam te, których się uczę aktualnie, niejako "na pełny etat", tzn. codziennie im poświęcam określoną ilość Jeśli ktoś czyta mojego bloga od dłuższego czasu to wie, że są to rosyjski, angielski, niemiecki i serbski. Pod serbski mógłbym ewentualnie jeszcze podpiąć chorwacki, jako że z reguły uczę się chorwackich odpowiedników pojedynczych wyrazów (np.  rodzina - ser. porodica - chor. obitelj, teatr - ser. pozorište - chor. kazalište), ale generalnie zawsze używam sztokawskiej ekawicy, więc standardu serbskiego. Więcej na temat językowego systemu serbsko-chorwackiego możecie poczytać tu.

Języki jakich się kiedyś uczyłem i mam lepszą lub gorszą znajomość pasywną 5-6
Tu znalazły się 2 języki. Pierwszym jest ukraiński, z którym sytuacja jest dość zabawna. Rozumiem go bardzo dobrze (szczególnie w wersji pisanej), ale z aktywnym użyciem jest raczej kiepsko - właściwie nie używałem go już dłuższy czas, a nawet przedtem mieszałem go z rosyjskim. Na pewno jednak chciałbym tą lukę uzupełnić, tym bardziej, że, jak już zapewne wcześniej pisałem, jest to, moim zdaniem, najładniejszy język słowiański.
Drugim językiem w tej grupie jest natomiast francuski. Posiadam w domu 3 podręczniki do jego nauki, 2 ładne słowniki Wiedzy Powszechnej (z tej serii z lat 80. - mam też do rosyjskiego, angielskiego i niemieckiego - jak dla mnie jest to ideał słowników dwujęzycznych). Brałem się za niego już kilka razy, czytałem gazety, przeglądałem francuskie podręczniki - zaowocowało to znajomością pewnych podstaw (choć wciąż bardzo niewielką). Biorąc pod uwagę bogactwo kultury francuskiej oraz fakt, że z języków romańskich jest to jedyny jaki naprawdę mi się podoba, głupotą byłoby pozostawienie go na boku. Alors, je vais apprendre le français aussi :)

Język, który podoba mi się najbardziej 7-8
Jest nim niderlandzki. Przez długi czas zastanawiałem się, czy wybrać jego czy afrikaans, o którym mam aktualnie trochę większe pojęcie. I pewnie będę się zastanawiał jeszcze przez dłuższy czas. Na dzień dzisiejszy przeważyła możliwość wykorzystania tego języka w praktyce - jednak do Holandii łatwiej wyjechać niż do RPA, więcej jest materiałów po niderlandzku itp. Z drugiej strony Afrykanerzy są jedną z ciekawszych grup etnicznych, o jakich czytałem i na pewno ciekawym doświadczeniem byłoby obcowanie z ich kulturą. Ech... Wybór trudny. Możliwe, że skończy się nauką obydwu. Choć nie ukrywam, że wolałbym tego uniknąć.

Języki nieindoeuropejskie 9-10 (ewentualnie jeszcze 2 dodatkowo, ale raczej w ramach hobby, niż faktycznej nauki)
Dlaczego jedynie 2? Bo nie wierzę w to, bym był w stanie opanować więcej na naprawdę przyzwoitym poziomie. Może jeśli okaże się to prostsze niż myślałem, to zmienię zdanie. Mam jednak już doświadczenie z nauki estońskiego i wiem, że jeśli nie będę miał dostatecznie dużej motywacji to takiego języka się zwyczajnie nie nauczę. Dlatego w przypadku języków indoeuropejskich brałem pod uwagę dwa czynniki: przydatność oraz moje subiektywne zdanie na temat kultury danego języka. I tak, na dzień dzisiejszy jako pierwszy wybrałbym węgierski - Węgry są blisko, na dodatek historia tego kraju jest ciekawa jak mało która, a mniejszość węgierska w krajach ościennych jeszcze przez długie lata może być ciekawym tematem badawczym. Poza tym jest to bardzo przyjemny dla uszu język (przynajmniej moim zdaniem).
Drugim językiem nieindoeuropejskim jest arabski, rozumiany jako MSA (Modern Standard Arabic) - wątpię bym się kiedykolwiek wziął za osobne dialekty. Zastanawiałem się pomiędzy arabskim, tureckim, mandaryńskim, baskijskim, fińskim i japońskim. Ostatecznie wybrałem ten pierwszy z racji mojej subiektywnej oceny kultury danego języka. Pozostałych nie wykluczam, ale wolę być powściągliwy (choć samą listę 20 języków można uznać za brak powściągliwości - chodzi jednak przede wszystkim o zabawę).

Tym więc zamykam pierwszą dziesiątkę. Następne języki ukażą się niebawem. Ciekaw jestem waszych opinii na ten temat. A może sami macie podobne plany na przyszłość? Piszcie też, jeśli macie jakieś sugestie na temat tego co mogłoby się znaleźć w drugiej dziesiątce. Zaznaczam też, że powyższa lista jest jedynie luźną prezentacją tego co chciałbym poznać w przyszłości - wszystko może jeszcze ulec zmianie i - znając życie - ulegnie. Zdaję też sobie sprawę z tego, że jest to trudne, być może nawet niewykonalne zadanie - wydaje mi się jednak, że życie powinno polegać właśnie na tym, by poznawać jak najwięcej nowych rzeczy. Poza tym zawsze warto pomarzyć.

Podobne posty:
Ile obcości jest w języku obcym?
Języki egzotyczne - jak, gdzie i czy warto?
A nie mylą ci się te języki?
Czy 1000 słów i 70% rozumienia to dużo?
RPA - państwo 11 języków urzędowych

sobota, 20 listopada 2010

Języki egzotyczne - jak, gdzie i czy warto?

Czym są według mnie języki egzotyczne? Czy warto się ich uczyć zamiast jakiegoś bardziej znanego języka? Jak i gdzie można się ich uczyć? Do jakiego poziomu można się ich nauczyć? Niegdyś uważałem, że należy się uczyć każdego języka, bez wyjątku. Po pewnym czasie moje poglądy na ten temat ewoluowały i obecnie uważam, że warto dokonać pewnej selekcji i uczyć się akurat tego co człowieka naprawdę pasjonuje. Dla tych, którym się uda przeczytać cały artykuł zamieszczam na końcu linki do kilku ciekawych materiałów dotyczących nauki rzadkich języków. A nuż ktoś się skusi.

Czym są według mnie języki egzotyczne?
Niektórzy mogą pomyśleć tu, że chodzi mi o takie języki jak chiński, czy arabski. Już na samym początku zaznaczę więc, że nie one będą tu głównym przedmiotem rozważań. Jako egzotyczny rozumiem raczej język, do którego nauki jest relatywnie mało źródeł. Przez źródła rozumiem nie tylko podręczniki, ale też tak pomocne rzeczy jak gazety, książki, radio, telewizja, wreszcie rodzimi użytkownicy, których zwykle jest niewiele (aczkolwiek często ilość osób władających danym językiem nie przekłada się na ilość dostępnych materiałów).

Czy warto się ich uczyć zamiast jakiegoś bardziej znanego języka?
Tak i nie. Nic mnie tak nie pociąga jak właśnie zajmowanie się językiem, o którym nie mam zielonego pojęcia. Radość z opanowania liczebników od 1 do 10 w języku osetyńskim będzie znacznie większa niż przeczytanie artykułu po angielsku, czy rosyjsku. Pytanie tylko, czy mogę z tym osetyńskim zrobić wiele więcej ponad te liczebniki oraz pewne podstawy, które i tak prędzej czy później wylecą z głowy jeśli nie będą systematycznie powtarzane.

Zanim zaczniemy się uczyć jakiegoś języka powinniśmy się zastanowić do czego on w rzeczywistości ma służyć. Jeśli naprawdę interesujesz się danym narodem, kulturą itp. nie powinieneś mieć z tym problemu. Podobnie ma się sprawa, gdy potrzebujesz go w pracy, zamierzasz wyjechać do obcego kraju itp. Jeśli jednak zamierzasz nauczyć się jakiegoś języka tylko po to by się go nauczyć (taka typowa "sztuka dla sztuki"), to nie wróżę sukcesu. Prędzej czy później radość z nauki zmieni się w zwykłą frustrację, bo nawet zabraknie możliwości by polepszyć swoje umiejętności. Znając niderlandzki mogę np. czytać gazety, książki, oglądać telewizję w tym języku. Jest mnóstwo miejsc, w których mogę ten język ćwiczyć i, co najważniejsze, wyciągać z tego więcej niż sama nauka dla nauki. Cóż natomiast miałbym począć z Plattdeutschem?

Gdyby ktoś nie wiedział - Plattdeutsch to inaczej język dolnoniemiecki, którego dialekty do dziś używane są w północnych Niemczech (szczególnie w Szlezwiku-Holsztynie i Dolnej Saksonii) i który znacznie różni się od standardowego języka górnoniemieckiego. Od dawna chciałbym się go nauczyć, bo ma bardzo ładne brzmienie - coś pomiędzy niemieckim a niderlandzkim. Sęk jednak w tym, że Plattdeutsch nie jest skodyfikowany (istniały co prawda próby kodyfikacji, ale na razie nie przyniosły one rezultatów w postaci pojawienia się jednego dolnoniemieckiego standardu), relatywnie niewielu mieszkańców nim aktywnie włada oraz brakuje gazet, filmów, literatury dolnoniemieckiej. Jeśli byłbym miłośnikiem północnoniemieckiego folkloru to coś bym ciekawego zapewne znalazł, ale nigdy się tym nie pasjonowałem i raczej nie będę. Efekt jest więc taki, że po przerobieniu podręcznika skończyłyby się źródła, z których mógłbym czerpać nowe słownictwo, struktury gramatyczne itp. Nie miałbym też okazji wykorzystać ten język w praktyce, chyba że zamieszkałbym na jakiejś wsi pod Hamburgiem, na co też, niestety, się nie zanosi. Pytanie czy warto było cały ten czas poświęcić właśnie na szlifowanie dolnoniemieckiego, a nie np. porządnie zając się niemieckim, czy też czymś zupełnie innym, nie mającym związku z językami obcymi?

Jeśli jesteś fanem północnoniemieckiego folkloru, lub zamierzasz w niedługim czasie osiedlić się w Dolnej Saksonii to z pewnością nie będzie to czas stracony. W innym wypadku warto się zastanowić, czy nie lepiej zająć się czymś bardziej pożytecznym, ewentualnie od czasu do czasu przeglądać sobie dla przyjemności dolnoniemiecką gramatykę, lub czytać artykuły na Wikipedii (co, przy znajomości niemieckiego i podstaw niderlandzkiego jest jak najbardziej wykonalne). To samo stosuje się do innych języków.

Jak i gdzie można się ich uczyć?
Z miejsca trzeba raczej usunąć możliwość nauczenia się nawet podstaw po polsku (może z wyjątkiem kaszubskiego i kilku pojedynczych języków, do których są dostępne polskie podręczniki). Nie warto też liczyć na to, że znajomość angielskiego otworzy nam wrota do każdego rzadkiego języka. W przypadku Plattdeutscha najlepiej jest najpierw bardzo dobrze opanować niemiecki, gdyż w nim znajdziemy najbardziej sensowne materiały. Gdybyśmy chcieli się wziąć za prowansalski (szeroko rozumiany Langue d'Oc) nauczmy się najpierw francuskiego. Jeśli natomiast interesuje nas jakiś język narodu zamieszkującego byłe ZSRR to, bez względu na pokrewieństwo czy jego brak, zainwestujmy w rosyjski. O tym zresztą pisałem już wcześniej.
Gdy już znamy język bazowy na tyle dobrze, możemy zacząć na własną rękę zacząć szukać materiałów do jego nauki w internecie. Do samego Plattdeutscha znalazłem przynajmniej jeden podręcznik z rozmówkami wydawnictwa Kauderwelsch, jeden kurs multimedialny wydawnictwa Quickborn, jeden kurs internetowy dostępny za darmo na stronie bremeńskiego radia, oraz stronę z podstawowymi wiadomościami o dolnoniemieckiej gramatyce.
Później musimy już być bardzo zmotywowani, żeby wyjechać tam gdzie danego języka się używa, lub znaleźć jakieś ciekawe źródła mogące służyć jako podstawa do szlifowania naszych umiejętności.

Do jakiego poziomu można się ich nauczyć?
Możemy zajść tak daleko jak nam nasza motywacja pozwala. Można stanąć na podstawowych wiadomościach gramatycznych i prostych zdaniach w stylu: Ik bün Karl un ik will Platt snacken. Można też pójść dalej i przerobić cały podręcznik, a następnie ruszyć w teren i rzeczywiście szlifować ten język. Mogę tylko podejrzewać, że radość z rzeczywistego opanowania czegoś tak rzadkiego jest ogromna.

Poniżej podaję listę linków (głównie w oparciu o moje doświadczenia z Plattdeutschem), która niektóre osoby może zachęci do nauki czegoś rzadkiego:
Plattdeutsch:
Kurs języka dolnoniemieckiego z radia Bremen - http://www.radiobremen.de/wissen/dossiers/plattdeutschkurs/
Strona oferująca podstawowe wiadomości z gramatyki i leksyki dolnoniemieckiej - http://www.plattmaster.de/
Podcasty w języku dolnoniemieckim - http://www.plattcast.de/
Dolnoniemiecka Wikipedia - http://nds.wikipedia.org/
Inne języki egzotyczne:
Kurs języka abchaskiego - http://learn.apsni.com/index.php?lang=ru
Kurs języka hawajskiego - http://ksdl.ksbe.edu/kulaiwi/
Strona peterlina o języku lezgińskim - http://learninglezgi.wordpress.com/ i http://lezgilanguage.wordpress.com/
Lista Wikipedii w 275 językach (stan na 20.11.2010) - http://meta.wikimedia.org/wiki/List_of_Wikipedias

Podobne posty:
Język kaszubski - jedyny regionalny język w Polsce
Słownik polsko-kaszubski jest dostępny (ZA DARMO!)
Najpierw naucz się popularnego języka, żeby dotrzeć do tych mniejszych

piątek, 12 listopada 2010

Jak (nie) uczyć się języków obcych - część 3 - niemiecki.

Oto nadchodzi wielkimi krokami trzecia część cyklu "Jak (nie) uczyć się języków obcych". Wcześniej opisałem moją historię kontaktów z angielskim oraz rosyjskim. Dziś przyszedł czas na język naszych zachodnich sąsiadów. Jakie wnioski wyciągnąłem z nauki niemieckiego? Przekonajcie się o tym sami.

Niemiecki towarzyszył mi od najmłodszych lat, a wszystko dzięki mojemu ojcu. Otóż skończył on szkołę tłumaczy języka niemieckiego i od kiedy tylko pamiętam interesował się krajami niemieckojęzycznymi, w szczególności Austrią oraz Szwajcarią. W zasadzie trudno mi sobie przypomnieć mój pierwszy kontakt z tym językiem, bo mam wrażenie jakby w pewnym stopniu towarzyszył mi od zawsze. Kiedyś się dowiedziałem, że były plany uczynienia ze mnie dziecka dwujęzycznego.  Znajomi moich rodziców byli ponoć zszokowani, gdy chcąc pójść do ubikacji powiedziałem "Ich will pissen". Ostatecznie jednak plan nie wypalił i nie potrafię dokładnie stwierdzić ile mi w głowie zostało z tamtego okresu.

Kontakt z niemieckim miałem jednak nadal. Na początku lat 90 brakowało w Polsce telewizyjnych stacji komercyjnych, więc gdy wraz z telewizją satelitarną przyszło około 10 kanałów niemieckojęzycznych było z czego wybierać. Bywało, że oglądałem jakieś bajki w tym języku, albo mecze piłki nożnej, kiedy nic ciekawego nie było w polskiej telewizji i na pewno rozumiałem więcej niż po angielsku (miałem też "Cartoon Network", którego z tegoż powodu nie oglądałem). Oprócz tego byłem siłą rzeczy, podobnie jak cała moja rodzina, zmuszony do słuchania niemieckiego przez kilka godzin dziennie. Zaowocowało to tym, że nie jest dla mnie niczym dziwnym oglądanie telewizji w języku obcym zamiast po polsku. Nie mogę oczywiście powiedzieć, że rozumiem 100% dialogów, ale było całkiem sporo filmów, które obejrzałem po niemiecku kilka lat wcześniej zanim mogłem to zrobić po polsku i nie czułem, że czegoś nie zrozumiałem wcześniej. To w tym języku po raz pierwszy obejrzałem tak znakomite dzieła jak "Zielona mila", czy "Forest Gump". Wszystko to po kilku latach oglądania przy okazji niemieckiej telewizji. Mogę więc tylko banalnie stwierdzić, że im więcej czasu spędzasz z obcym językiem, tym lepiej go rozumiesz.

Tyle jeśli chodzi o umiejętności pasywne. Użycie języka w praktyce to już zupełnie inna sprawa. Tego byłem uczony najpierw w domu (z podręcznika, w którym głównym bohaterem była żaba) i w szkole. Nie wiem jak się miały rzeczy w innych regionach Polski, ale w Szamotułach był to wtedy jedyny język obcy jakiego mogliśmy się uczyć. Niestety z nauki w szkole dobrych wspomnień nie mam. I nie chodzi mi tu o oceny - przeważnie dostawałem 5 prawie wcale się nie ucząc. Może jednak właśnie w tym tkwił problem, że osoby mające ocenę bardzo dobrą z niemieckiego tak naprawdę nie potrafiły skleić nawet najprostszych zdań. Nie muszę chyba dodawać, że poziom pozostałych osób był jeszcze gorszy. Mimo to wszyscy przechodzili z klasy do klasy, traktując niemiecki jak każdy inny przedmiot. Problem w tym, że język obcy nie powinien być nauczany jak każdy inny przedmiot. Co mnie zawsze uderza to pytania w stylu: "A z czego będzie kartkówka/sprawdzian/kolokwium/egzamin?". Zadając takie pytania i przygotowując daną część materiału, żeby potem ją zapomnieć, na pewno nie nauczymy się języka. Wydaje mi się, że język obcy trzeba traktować całościowo i absolutnie nie stosować do niego zasady "zakuć, zdać, zapomnieć". Bez regularnych powtórek materiału (rozumianych niekoniecznie jako ślęczenie nad tabelkami, lecz także obcowanie z żywym językiem) nigdy nie opanujemy dobrze tego co nowe. Robiąc dzienne powtórki natomiast praktycznie nie musimy się w ogóle uczyć na jakiekolwiek egzaminy itp. Przynajmniej ja od dobrych 8 lat nigdy nie uczyłem się konkretnie na dany egzamin - po prostu traktowałem go jak pewną formę sprawdzenia mojej znajomości języka.

Nauka niemieckiego w szkołach nie stoi jednak na wysokim poziomie. W moim mieście uczył się go każdy, a niewiele znam osób, które faktycznie posiadają choć minimalną jego znajomość (np. potrafiłyby powiedzieć co robiły wczoraj). Pamiętam, że co roku trzeba było kupować ładne kolorowe podręczniki ("Der, die, das", "Alles klar"), które tak naprawdę nikomu nie przypadały do gustu. Pamiętam też jak rodzice podarowali mi naprawdę solidny "Samouczek języka niemieckiego" wydawnictwa Wiedza Powszechna. Brakowało w nim kolorowych obrazków, ale wszystko było jasno wytłumaczone. Dialogi były czasem rodem z NRD (pojawiały się Trabanty i Wartburgi), ale przynajmniej nie były na siłę stylizowane na mowę nastolatków, co strasznie irytowało w szkolnych podręcznikach. Przerobienie tej książki oraz jej drugiego tomu w zupełności wystarczyło do osiągania ocen bardzo dobrych i celujących w liceum. Oprócz tego kilka miesięcy spędzonych z Wiedzą Powszechną pozwoliło mi na nabycie pewnych aktywnych umiejętności - niby nic wielkiego, ale potrafiłem poinformować panią w berlińskiej księgarni, że szukam książek o Bizancjum. Był to pewien moment przełomowy w mojej przygodzie z językami obcymi - od tego czasu zacząłem bardziej ufać samouczkom i sobie samemu niż kolorowym podręcznikom szkolnym.

I wtedy po raz kolejny osiadłem na laurach, podobnie jak to miało miejsce z angielskim. Gramatyka niemiecka uciekała jednak jakby wolniej. Niemiecki ma bowiem relatywnie prosty system czasów i nie wiem jak mógłbym zapomnieć prawidłowego stosowania czterech przypadków. Podobnie ma się sytuacja z szykiem zdania, który wiele osób irytuje, ale mi bardzo pomaga i jestem do niego tak przyzwyczajony, że również nie wyobrażam sobie mówienia w inny sposób. Nie twierdzę oczywiście, że język niemiecki jest szczególnie prosty, ale na pewno nie jest tak trudny jak go niektórzy przedstawiają.  I na dodatek jest jednym z ładniejszych języków. Ale to już tylko moja subiektywna opinia ;)

Inne posty z cyklu "Jak (nie) uczyć się języków obcych":
Język angielski
Język rosyjski

Podobne posty:
5 rzeczy jakich nauczyła mnie nauka czeskiego
Prośba o poradę - angielski, niemiecki, rosyjski
Co przyjdzie z słuchania radia przez godzinę dziennie
Czy 1000 słów i 70% rozumienia to dużo?
Jakie materiały warto czytać?

niedziela, 7 listopada 2010

Październik 2010 - to był dopiero miesiąc

Chciałbym napisać, że post podsumowujący to co napisałem w październiku będzie wspaniałym przewodnikiem po blogu. Sęk jednak w tym, że powinienem był go napisać już jakiś czas temu, więc na początek chciałbym podziękować wszystkim, którzy nadal zaglądają i powitać tych, którzy w ciągu ostatnich kilku dni odwiedzili "Świat języków" po raz pierwszy. Weźmy się zatem do pracy!

Dziesiąty miesiąc roku okazał się równie obfity w wydarzenia jak ten poprzedni. Musiałem m.in. odbyć kolejną przeprowadzkę. Żeby jednak nie zanudzać czytelnika moim życiem osobistym postanowiłem skupić się na tym co działo się na blogu. Przede wszystkim z radością przywitałem fakt, że znalazły się kolejne dwie osoby, które zaczęły pisać o językach obcych. Sitar pisze o swoim procesie nauki języka esperanto (którego fanem nigdy nie byłem i raczej nie będę, o czym kiedyś może napiszę), a w przyszłości możliwe, że o innych językach na blogu http://projekty-jezykowe.blogspot.com/. Z kolei realirek założył bloga ogólnie traktującego o językach obcych, o którym już zresztą wspominałem w moim wcześniejszym poście. Pozdrawiam obydwu, tym bardziej, że są regularnymi czytelnikami i często komentowali na moim blogu.
Kolejnym przypadkiem jest też Piotr piszący już od września bloga http://jezykowo2.blogspot.com/, na którego również zapraszam, tym bardziej, że jako jedyny ze znanych mi blogerów w ciągu ostatniego tygodnia coś napisał. Językowa sfera blogowa się stale poszerza, wypada tylko mieć nadzieję, że będzie często aktualizowana. Jeśli chcecie być na bieżąco z wszelkimi nowościami na tym blogu to gorąco polecam subskrybcję kanału RSS.

Zajrzyjmy jednak do tekstów jakie napisałem - było ich 7 - z niektórych jestem bardziej, z niektórych mniej zadowolony. Największą popularnością cieszył się arytkuł pt. "Jakie materiały warto czytać?", w którym rozwodziłem się nad bezcelowością czytania cały czas tekstów o podobnej tematyce. Niewiele mniej czytelników miał tekst mówiący o zjawisku mylenia się języków - "A nie mylą ci się te języki?", mówiący m.in. o tym jakie niebezpieczeństwa czyhają na kogoś kto uczy się języków bardzo podobnych do siebie takich jak rosyjski i ukraiński. O różnicy w pisowni powyższych języków można przeczytać w moim opracowaniu cyrylickich alfabetów języków słowiańskich (Przewodnik po różnych rodzajach cyrylicy - języki słowiańskie), w którym porównałem zapis rosyjskiego, ukraińskiego, serbskiego oraz bułgarskiego.

Oprócz tego wspominałem o tym, że nauka języków ma pozytywny efekt na zdrowie ("Chcesz być wiecznie młody i zdrowy? Ucz się języków...") oraz rozwodziłem się na temat metody nauki 1000 najczęściej używanych słów i tego czy faktycznie działa ("Czy 1000 słów i 70% rozumienia to dużo?"). Osobną kategorią jest natomiast ogłoszenie o polskim forum językoznawców, do którego wszystkich serdecznie zapraszam.

Postaram się też oczywiście nie robić już więcej 10-dniowych przerw tak jak teraz i aktualizować bloga przynajmniej 2 razy w tygodniu. Standardowo podsumowanie zakończę listą 10 najczęściej czytanych artykułów:
1. Jak się nauczyć cyrylicy w 2 dni?
2. Rewelacyjny program do nauki słówek - Anki
3. Chcesz opanować podstawy języka obcego? Wypróbuj metody Assimil.
4. Jakie materiały warto czytać?
5. A nie mylą ci się te języki?
6. Przewodnik po różnych rodzajach cyrylicy - języki słowiańskie
7. Przewodnik po Anki.
8. Jak efektywnie uczyć się słówek?
9. Rozumienie ze słuchu.
10. Czy 1000 słów i 70% zrozumienia to dużo?

No i dziękuję oczywiście wszystkim czytającym i komentującym - bez waszych komentarzy, maili itp. pisanie nie sprawiałoby tyle radości, a nauka byłaby mniej ciekawa.

Podobne posty:
Świat Języków Obcych - wrzesień 2010
Świat Języków Obcych - sierpień 2010
Świat Języków Obcych - lipiec 2010

środa, 27 października 2010

Ile obcości jest w języku obcym?

Na pomysł wpisania tego artykułu wpadłem ostatnio pracując z kolegą nad projektem na zajęcia dotyczącym multikulturowości miast Europy środkowej. Los chciał, że naszej grupie przytrafiły się m.in. trzy miasta leżące na Słowacji, czyli Trnava, Nitra oraz Bratysława. Z czystej ciekawości zajrzeliśmy na artykuły o tych miastach do słowackiej wikipedii, by upewnić się w tym, że bez problemu rozumiemy ich treść. Tego samego dnia przyszło mi wyczytać na blogu realirka artykuł o pojęciu poligloty, a następnie otrzymać maila od osoby, która napisała, że zna prawie wszystkie języki słowiańskie. I zacząłem się zastanawiać...

Po skończeniu pracy nad projektem związanym z środkowoeuropejskimi miastami postanowiłem z ciekawości poprzeglądać artykuły w różnych językach słowiańskich. Dodam, że większości nigdy się nie uczyłem (bułgarski, macedoński, słoweński, słowacki, łużyckie), bądź miałem kontakt bardzo ograniczony (czeski, białoruski, ukraiński). Wcale nie przeszkadzało mi to rozumieć teksty napisane w tych językach. Oczywiście trudno bym rozumiał dokładnie wszystko, ale faktyczny problemem istniał jedynie w kontakcie z bułgarskim i macedońskim oraz, w mniejszym stopniu, słoweńskim. Nie piszę tego w kategorii odkrycia - w sumie takiego czegoś się spodziewałem. I zapewne nie to byłoby tematem dzisiejszego artykułu, gdyby nie fakt, że pozostali blogerzy poruszyli kwestię tego kim jest poliglota. Jeśli uznamy, że jest to osoba władająca językami obcami, to pojawia się pytanie co oznacza, że język jest obcy. Zajrzyjmy zatem na chwilę na Bałkany.

W byłej Jugosławii jako lingua franca funkcjonował język serbsko-chorwacki, który w ciągu ostatnich 20 lat rozpadł się na przynajmniej cztery odrębne standardy: serbski, chorwacki, bośniacki i czarnogórski. O sensie takiego podziału i o tym co o tym sądzę pisałem już wcześniej. Niezależnie jednak od mojego osobistego stosunku do Jugosławii sytuacji prawnej nie zmienię - aktualnie istnieją cztery osobne języki posiadające status państwowych. W efekcie powstała rzecz kuriozalna: na obszarze od Istrii po Kosowo żyje ok. 20 milionów ludzi, z których każdy włada 4 językami - jest to chyba ewenement w skali światowej (jeśli ktoś zna podobny to niech mi da znać). Wystarczy jednak bardzo pobieżna obserwacja by zauważyć, iż osiągnięcie mieszkańców byłej Jugosławii nie jest niczym nadzwyczajnym, ba!, bardzo dziwnym byłoby gdyby opanowali tylko jeden z nich (choć w Chorwacji niektórzy wydają się mieć z tym problemy). Dlatego nikt nie nazywa Jugosłowian poliglotami.

Gdy spojrzymy trochę szerzej na języki słowiańskie można odnieść wrażenie, że wszystkie one są zaledwie dialektami jednego języka. Teza z jednej strony trochę radykalna, ale z drugiej strony w dużej mierze mająca odzwierciedlenie w rzeczywistości. Znając język polski jako ojczysty mamy już na starcie nauki każdego z pozostałych słowiańskich wykonane ok. 80% roboty (powiedzmy, że w przypadku bułgarskiego i macedońskiego trochę mniej). Niewiele rzeczy jest nas w stanie zdziwić, bądź okazać się trudnymi do zrozumienia. Gdy znamy w stopniu zaawansowanym 3 języki (najlepiej jeszcze z odrębnych podgrup tak jak w tym przypadku polski, rosyjski, serbski) jesteśmy w stanie przeczytać tekst z naszego zakresu zainteresowań w każdym z pozostałych. Nie chciałbym tu umniejszać nakładu pracy jaką włożyli niektórzy w opanowanie tych języków, jednak wydaje mi się, mając na uwadze naszą dyskusję o definicji poligloty, wielce niestosowne wartościowanie osób władających językami obcymi jedynie pod względem ich liczby. Sam jestem wrogiem jakiegokolwiek wartościowania, jednak jeśli ludzie już jakiekolwiek chcieliby robić to warto, aby widzieli różnicę pomiędzy Polakiem, który czyta we wszystkich językach słowiańskich i kilka z nich umie na bardzo dobrym poziomie, a Polakiem, który nauczył się biegle chińskiego lub arabskiego, czy nawet węgierskiego. Twierdzę, że ten drugi musi włożyć w to znacznie więcej pracy.

Podobnie zresztą patrzę na Hiszpanów władających kilkoma językami romańskimi lub Holendrów, którzy mówią po niemiecku, angielsku i gdzieś jeszcze podłapali któryś skandynawski. Czasem zaś podobne osoby są na różnych forach uważane niemal za bogów, a co najmniej za kogoś z niebywałym talentem. Wartość ich wyczynu natomiast w moich oczach spada, bo czasem bardziej widzę nie języki, a tylko bardziej lub mniej zróżnicowane dialekty łaciny, starogermańskiego i starosłowiańskiego. Można zresztą iść dalej tym tropem aż do praindoeuropejskiego (choć oczywiście zachowując pewien dystans) twierdząc, że dopiero opanowanie czegoś spoza tej rodziny jest wyczynem. W tym miejscu chciałbym się jednak zatrzymać i zrobić małe podsumowanie. Zanim nazwiemy kogoś poliglotą czy hiperpoliglotą (kolejne słowo, które pada stanowczo zbyt często) zastanówmy się jakie języki zna.
PS: O samym poziomie znajomości języków nie pisałem, bo to rzecz tak subiektywna, że można by o niej rozmawiać przez parę godzin i nie dałoby się dojść do żadnych sensownych wniosków.

Podobne posty:
A nie mylą ci się te języki?
Przewodnik po różnych rodzajach cyrylicy - języki słowiańskie
Jak się nauczyć cyrylicy w 2 dni?
5 rzeczy jakich nauczyła mnie nauka czeskiego
W jakim języku się mówi w byłej Jugosławii

sobota, 23 października 2010

Jakie materiały warto czytać?

W życiu każdego człowieka nadchodzą czasem takie chwile, w których musi przyznać, że zmarnował czas, który mógł wykorzystać znacznie lepiej. Grunt to wyciągnąć z tego odpowiednie wnioski i coś zacząć zmieniać. Oto więc powracam po czterodniowej przerwie z nowym postem, tym razem będącym rozliczeniem z samym sobą oraz moim lenistwem i mam nadzieję, że również wy wiele z niego wyciągniecie. Bo przede wszystkim będzie chodziło o wybór dobrych materiałów tekstowych.


Otóż natrafiła mi się nielicha okazja - dwa dni wolne od zajęć na uniwersytecie. Dawało to ogromną ilość godzin, które obiecałem sobie spędzić na nauce języków i innych rzeczach, na których mi powinno zależeć. I z jednej strony to się udawało - średnio spędziłem każdego dnia po 7-8 godzin będąc kompletnie odciętym od rodzimego języka. Ktoś mógłby pomyśleć, że można być z takiego czegoś dumnym - problem jednak w tym, że jakość materiału z jakim miałem do czynienia miała niewielką wartość pod względem nauki. Podobnie niewielkiej jakości było moje podejście.


Mój czas w większości poświęciłem na czytanie następujących rzeczy: forum how-to-learn-any-language, forum unilang, przeleciałem od niechcenia przez żywoty wszystkich królów wizygockich po angielskiej wikipedii, po czym przeglądałem sobie "Grammar of the Gothic language" Joshepha Wrighta, gazety Коммерсантъ oraz Известия, następnie obejrzałem kilka godzin filmów zamieszczanych przez różnych lepszych i gorszych poliglotów z całego świata, z których w sumie wiele nowego nie wyniosłem. Dodatkowo obiecałem sobie, że będę każde zdanie, którego nie będę chociażby w stanie szybko przelecieć z pełnym zrozumieniem będę zapisywać i ewentualnie wstawiać do Anki lub spisywać w moich odrębnych zeszytach, w których spisuję takie rzeczy po angielsku i po rosyjsku, a następnie analizuję pod względem leksykalnym i gramatycznym. W praktyce wyglądało to tak, że nawet jeśli coś znajdywałem to bardzo rzadko chciało mi się to spisać, bo stwierdzałem coś w stylu: "A tam, jeszcze mam sporo czasu, to się tych rzeczy nazbiera". No i się w efekcie nie nazbierało, bo potem moja dziewczyna wracała do domu, co znacznie zmniejszało możliwości intensywnej nauki. Efekt mojej nauki był więc niewielki.


Dlaczego jednak tak narzekam na jakość stron jakie czytałem? Bo w znacznej większości wypadków doskonale rozumiałem to co czytam bądź czego słucham. Słownictwo z zakresu historii, polityki czy językoznawstwa jest mi na tyle znane, że o ile samo czytanie sprawia mi ogromną przyjemność, o tyle niewiele z tego wynoszę pod względem językowym. Dlatego postanowiłem, zresztą za radą mojej nowo poznanej znajomej z Rosji, przerzucić się na penetrowanie i udzielanie się na różnorakich forach internetowych o tematyce ogólnej i mieć nadzieję, że to pomoże powiększyć zasób słownictwa.


Reasumując: moim zdaniem dobry materiał do uczenia się języka to taki, w którym mniej więcej 5-10% rzeczy jest nowych. W którym co chwilę jesteś wstanie wychwycić coś nieznanego. Bo czytając non-stop o dziedzinach tobie znanych masz radość z tego, że są zaspokajane twoje zainteresowania, ale z drugiej strony stoisz w miejscu jeśli chodzi o język. Dlatego czasem warto poczytać np. o tym co kto dziś jadł na obiad, albo jaki miał sen - w dłuższej perspektywie da to pewnie znacznie więcej niż przeczytanie analizy koniugacji gockich  czasowników bądź kolejnego artykułu o merze Moskwy.

A tak poza tym to nie są to jedyne wnioski jakie wyciągnąłem z ostatnich kilku dni, ale na te inne przyjdzie czas wkrótce.
Podobne posty:
5 rzeczy jakich nauczyła mnie nauka czeskiego
Co przyjdzie z słuchania radia przez godzinę dziennie
Jak mi pomogła czeska wikipedia
Jak efektywnie uczyć się słówek?
Czy 1000 słów i 70% rozumienia to dużo?

wtorek, 19 października 2010

Chcesz być wiecznie młody i zdrowy? Ucz się języków.

Nigdy nie miałem ambicji zostać lekarzem, w zasadzie to właśnie biologia była przedmiotem, z którym sobie w szkole najgorzej radziłem. Podobnie jednak jak większość ludzi chciałbym być jak najdłużej młody, zdrowy, cieszyć się życiem. Dlatego tym bardziej ucieszyłem się, gdy przeczytałem o tym, że uczenie się się języków obcych może spowolnić proces starzenia oraz zapobiega schorzeniom takim jak choroba Alzheimera.

Przeczytałem o tym na blogu Steve'a Kaufmanna - poligloty, któremu kiedyś poświęcę osobny artykuł na tym blogu.W swojej krótkiej notce pod tytułem "Walking and LingQing to stave off dementia" (którą znajdziecie TU) podał on linki do dwóch artykułów na temat czynności, które potrafią zahamować proces starzenia się. Jedną z rzeczy jest chodzenie co najmniej 10 km w ciągu tygodnia, a drugą właśnie nauka języków obcych (trzecią jest zdrowa żywność, ale to raczej nowością nie jest). Doktor Andrew Weil twierdzi, że potrafi to znacznie zredukować symptomy starzenia się oraz zapobiegać takim schorzeniom jak choroba Alzheimera. Następnie dodaje, że niekoniecznie chodzi tu o opanowanie języka na poziomie mistrzowskim, a jedynie sama próba nauczenia się go, którą porównał do instalacji nowego oprogramowania w mózgu. Link do oryginalnego artykułu znajdziecie TU.

Szczerze mówiąc o panu Weilu wiem niewiele, a jego techniki lecznicze podlegają częstej krytyce (jak przynajmniej wynika z artykułu o nim z wikipedii) jednak muszę przyznać, że sam parę razy się zastanawiałem nad tym, czy nauka języków obcych wpływa w jakiś sposób pozytywnie na pracę mózgu. Muszę więc powiedzieć, że powyższe informacje mnie ucieszyły. I nawet jeśli okaże się, że za parę lat ktoś napisze, że zdrowiej jest umieć zaledwie jeden język (od urodzenia pamiętam, że co roku naukowcy sprzeczali się czy zdrowsze jest masło czy margaryna), to nie sądzę aby uczenie się miało zły wpływ na nasz mózg.

Jeśli więc jeszcze zastanawiacie się nad tym czy warto się zacząć uczyć czegoś co od dawna za wami chodzi, to zróbcie to dla własnego zdrowia! Wasz mózg będzie wam wdzięczny!

Podobne posty:
Jak się nauczyć cyrylicy w 2 dni? 
5 rzeczy jakich nauczyła mnie nauka czeskiego
Historia motywacyjna
Nie masz siły - zrób coś małego
Gry komputerowe i nauka języków obcych

piątek, 15 października 2010

Polskie forum językoznawców - http://forum.jzn.pl/

Pierwszy raz zdarza mi się na moim  blogu namawiać ludzi, do zarejestrowania się na pewnym forum, ale w tym wypadku uznałem, że naprawdę warto, bo niewykluczone iż podobna okazja się nie powtórzy.


Otóż przeczytałem na blogu peterlina, że są plany reaktywacji istniejącego od pewnego czasu polskim Forum Językoznawców. Postanawiam więc przyłączyć się do apelu. W zamyśle jest to miejsce, które miałoby skupiać osoby naprawdę zainteresowane językami świata, gdzie mogłyby one wymieniać swoje poglądy itp. Bez ogłoszeń o korepetycjach, kursach językowych za 1000 złotych - po prostu dyskusja o językach obcych. Jako, że o takie coś trudno, a w internecie trudno natknąć się na coś naprawdę treściwego (czego zresztą dowodem był mój artykuł sprzed 2 miesięcy o 10 "najlepszych" blogach według google'a) myślę, że każda osoba naprawdę zainteresowana tą tematyką powinna przynajmniej zajrzeć na forum. Jeśli natomiast stanie się aktywnym użytkownikiem, to będę jeszcze bardziej wdzięczny.

Zdecydowanie warto byłoby gdyby na polskiej scenie internetowej zaistniało coś takiego. Jeśli uważasz tak samo - wejdź na http://forum.jzn.pl/ . Czekamy na Ciebie!

środa, 13 października 2010

A nie mylą Ci się te języki?

Istnieje wiele mitów związanych z nauką języków - od tych, że wystarczy znajomość 1000 słów by przeprowadzić konwersację na niemal dowolny temat, po te, że do nauki języków obcych jest potrzebny jakiś nadzwyczajny talent, a dzieci języka uczą się znacznie szybciej niż dorośli.  Jednak nie o tych będę dziś pisał. Zajmę się czymś na co w realnych sytuacjach życiowych trafiałem znacznie częściej, co większość ludzi uważa za "oczywistą oczywistość" (że zacytuję klasyka), a ja niekoniecznie. 


Na początek przedstawię krótki dialog, który najlepiej odda sytuację jaką zamierzam przedstawić.
- Jakiego języka się uczysz?
- Angielskiego, rosyjskiego, niemieckiego i serbskiego.
- A nie mylą ci się?

Obok standardowego "A powiedz coś po serbsku" była to najczęstsza reakcja. Innym zaś przykładem mogą być niektóre wypowiedzi na forach w stylu: "Nie będę się uczyć innego języka, bo wtedy będzie mi się mylić np. z angielskim". Muszę powiedzieć, że zaintrygował mnie ten fenomen i zamierzam omówić ów problem "mylenia się" języków.

Czy języki się mogą mylić?
Powiedziałbym, że i tak i nie. Przesadą jest twierdzić, że sama liczba języków spowoduje, iż będziemy je ze sobą notorycznie mylić. Wszystko zależy bowiem od podobieństw między nimi. Trudno, żebym mówiąc po serbsku używał angielskich słów, lub też nie używał przypadków, tudzież produkował zdania używając present continous. Języki te są od siebie na tyle dalekie, że jakiekolwiek ryzyko pomylenia jest bardzo znikome. To, że bym się nagle zaczął uczyć np. arabskiego i chińskiego niewiele zmieni. Nadal nie dałoby się pomylić któregokolwiek z nich. Porównam to do różnych dyscyplin sportu, tudzież różnych instrumentów muzycznych. Czy grając w koszykówkę spróbujesz kopnąć piłkę do kosza? Albo czy będziesz uderzał klawisze pianina tak jak struny gitary? Raczej nie.

Kiedy zatem mogą się mylić?
Istnieją jednak sytuacje kiedy dwa języki są do siebie na tyle podobne, że ich pomylenie jest możliwe. O ile zawsze mnie zastanawiało jak ludziom może się mylić angielski z niemieckim (a parę razy słyszałem takie stwierdzenia), które mimo oczywistego pokrewieństwa (obydwa należą do grupy języków germańskich) posiadają inne brzmienie oraz, w dużej części, leksykę, tak zupełnie nie dziwił mnie fakt, że problemy mają ludzie uczący się równolegle rosyjskiego i ukraińskiego. Podobieństwa pomiędzy tymi językami często bardziej przeszkadzają niż pomagają. Sam zresztą odczuwałem to na własnej skórze.

Osoba znająca wcześniej rosyjski zaczynając naukę ukraińskiego posiada z początku mnóstwo atutów. Ma zasadnicze pojęcie o cyrylicy, posiada ogromny zasób słownictwa, a mając odrobinę oleju w głowie jest w stanie w ciągu jednego wieczoru nauczyć się wszelkich odmian części mowy, bo większość różnic w tym zakresie zależy głównie od fonetyki. I tu się pojawia problem. Dlaczego?

Po pierwsze: cyrylica rosyjska się nieco różni od ukraińskiej. Nieznacznie, ale jednak. Z własnej obserwacji wiem, że ludziom trudno się przestawić z jednej na drugą. Po drugie: posiadamy ogromny zasób słownictwa pasywnego, które jak najbardziej rozumiemy (szczególnie w wersji pisanej), ale już niezbyt potrafimy go używać w praktyce. Automatycznie bowiem używamy ich wersji rosyjskich. Po trzecie: gdy wszystko wydaje się wyglądać tak samo często nie zauważamy subtelnych różnic, które dwa języki różnią. Staramy się mówić szybko i płynnie, wskutek czego zdarzy się odmieniać wyrazy ukraińskie po rosyjsku.

Podobne relacje z rosyjskim zauważyłem w nauce serbskiego, ale bardziej sporadycznie. Generalnie zasada jest prosta: nie polecam się uczyć równolegle dwóch języków bardzo blisko ze sobą spokrewnionych. Poniżej przedstawiam grupy języków, z których czasem lepiej jest najpierw wybrać jeden i doprowadzić go do "stanu używalności" (dopiero potem ewentualnie dodać następny jeśli czujemy niedosyt) niż rzucać się na obydwa i w żadnym nie mówić do końca prawidłowo:
czeski - słowacki
serbski - chorwacki - bośniacki - czarnogórski (moje zdanie na temat odrębności tych języków już przedstawiłem)
rosyjski - ukraiński - białoruski
bułgarski - macedoński
szwedzki - norweski (bokmål) - duński
niderlandzki - afrikaans
hiszpański - portugalski
kataloński - prowansalski
fiński - estoński

Spotkałem się również z opiniami jakoby równoległa nauka niemieckiego i niderlandzkiego, albo włoskiego i hiszpańskiego nie była najlepszym pomysłem, ale tą kwestię na razie zostawiam otwartą.

Wnioski
Sama liczba języków nie wpływa na to, czy będą się mylić. Ważniejsze jest ich pokrewieństwo.

Podobne posty:
5 rzeczy jakich nauczyła mnie nauka czeskiego
Przewodnik po różnych rodzajach cyrylicy - języki słowiańskie
Czy 1000 słów i 70% rozumienia to dużo?
Co przyjdzie z słuchania radia przez godzinę dziennie?
W jakim języku się mówi w byłej Jugosławii?

piątek, 8 października 2010

Przewodnik po różnych rodzajach cyrylicy - języki słowiańskie

Dziś trochę informacji ze świata języków słowiańskich - dla tych, którzy się na tym znają nie będzie to żadną nowością, jednak dla niewtajemniczonych może się okazać całkiem ciekawe i pouczające. Czasem wydaje się bowiem, że sama znajomość rosyjskiej cyrylicy wystarcza, żeby bez problemu czytać teksty w innych językach - rzeczywiście bardzo to pomaga, ale do dziś pamiętam problemy studentów wschodoznawstwa, gdy zaczynaliśmy się uczyć ukraińskiego i znajomość rosyjskiego wariantu cyrylicy nie wszystkim pomagała. Tak więc postanowiłem, że umieszczę tu małą ściągę na temat tego jak czytać cyrylicę w różnych językach słowiańskich.

Obok każdej litery umieszczam jej polski odpowiednik. Jeśli istnieją natomiast różnice pomiędzy poszczególnymi wariantami, to będę je oznaczał następującymi skrótami: RUS - rosyjski, UKR - ukraiński, SER - serbski, BUL - bułgarski. Okazjonalnie wspomnę o białoruskim i macedońskim, jako że nie jestem z nimi obyty. Podobnie będzie też z czarnogórskim, który trudno mi uznać za osobny język, jednak miejscowi lingwiści mieli inne zdanie na ten temat i wynaleźli dwie litery, które odróżniają język tego małego państwa od serbskiego. Zaczynamy:

А а - czytamy jak "a"

Б б - "b"

В в - polskie "w"

Г г - w RUS, SER, BUL czytamy jako "g", natomiast w UKR jako dźwięczne "h" (nie ma bezpośredniego polskiego odpowiednika i jest to jedna z "trudności" ukraińskiego)

Ґ ґ - występuje tylko w UKR i czyta się jak "g"

Д д - "d"

Ђ ђ  - jedynie w SER i czyta się jak "dź"

Е е - w UKR, SER, BUL jako "e", natomiast w RUS jako "je"

Ё ё - jedynie w RUS i czyta się jak "jo"

Є є - jedynie w UKR i czyta się jak "je"

Ж ж - "ż"

З з - "z"

И и - w RUS, SER, BUL jako "i", natomiast w UKR jako "y"

І і - jedynie w UKR i czyta się jak "i"

Ї ї - jedynie w UKR i czyta się jak "ji"

Й й - w RUS, UKR, BUL jako "j", nie występuje w SER

J j - jedynie w SER i czyta się jako "j"

К к - "k"

Л л - w RUS, UKR i BUL jako coś pomiędzy "l" i "ł", gdy stoi przed "a", "e", "o", "u" (brak odpowiednika w polskim) i jako "l" gdy stoi przed "je", "i", "j", "ja", "jo", "ju". W SER bardziej zbliżone do "l".

Љ љ - jedynie w SER, w łacińskim alfabecie zapisywane jako "lj", czytane jako jedna głoska będąca połączeniem "l" i "j" (wiem, że wyjaśnienie takie na chłopski rozum, ale trudno to zrobić prościej).

М м - "m"

Н н - "n"

Њ њ - jedynie w SER i czyta się jako "ń"

О о - "o", w RUS zbliżone do "a" gdy jest nieakcentowane


П п - "p"


Р р - "r"


С с - "s"


Т т - "t"


Ћ ћ - jedynie w SER i czyta się jak "ć"


У у - "u"


Ф ф - "f"


Х х - "ch"


Ц ц - "c"


Ч ч - w RUS, BUL czyta się jak zmiękczone "cz", w UKR jak twarde "cz" (choć w niektórych regionach jak zmiękczone), w SER jak "cz".


Џ џ - jedynie w SER i czyta się jak "dż"


Ш ш - "sz"


Щ щ - w RUS czyta się jak zmiękczone "szcz", w ukraińskim jako twarde "szcz" (aczkolwiek spotkałem się też z ukraińskim wariantem zmiękczonym, albo wręcz z redukcją do samego "sz"), w BUL jak "szt", a w SER litery tej nie ma.


Ъ ъ - tzw. jer twardy, który w RUS i UKR oznacza, że poprzednia spółgłoska zachowuje swoją twardość (w UKR jest jer twardy zapisywany jako " ' "), w BUL czyta się go natomiast jako krótką samogłoskę pomiędzy "y" i "a" (nie ma odpowiednika w polskim), w SER litery tej nie ma.

Ы ы - w RUS jako "y"

Ь ь - tzw. jer miękki, w RUS i UKR zmiękcza poprzedzającą go spółgłoskę, w BUL w kombinacji z "o" (ьo) czyta się jak "jo", w SER litery tej nie ma.

Э э - jedynie w RUS i czyta się jak "e"

Ю ю - w RUS, UKR i BUL czyta się jak "ju", w SER tej litery nie ma.

Я я - w RUS, UKR i BUL czyta się jak "ja", w SER tej litery nie ma.

To na tyle. Dodam jeszcze wyjątkowe litery, które mają zastosowanie w mniej rozpowszechnionych językach słowiańskich.

Ѓ ѓ - w macedońskim oznacza coś na kształt polskiego "dź"

Ќ ќ - w macedońskim coś podobnego do zmiększonego "t" ewentualnie "ć" (jeśli ktoś się zna na macedońskim to niech mnie poprawi, jako że jest to jedyny z wymienionych tu języków, z którym nie miałem prawie w ogóle kontaktu)

Ў ў - w białoruskim czyta się jako "ł"

I na koniec jeszcze trochę o języku czarnogórskim. Otóż tamtejsi znawcy postanowili wprowadzić do swojego alfabetu (który był identyczny z serbskim) dwie litery, by nadać mu pewnych cech wyróżniających go spośród innych języków słowiańskich. Tym sposobem powstały dwie nowe litery "Ć", które zamieniło dwuznak "сј" (czyli polskie "sj") i З́, które weszło w miejsce dwuznaku "зј" (polskie "zj"). O ich podobieństwie do polskich "ś" i "ź" nic nie powiem, bo nigdy w życiu nie słyszałem ani nie widziałem tych liter w praktycznym użyciu. Zresztą patrząc na czarnogórskie gazety nie odnoszę wrażenia by były powszechnie znane. Więcej na temat sytuacji językowej w krajach byłej Jugosławii zresztą już pisałem.

Jak więc widać, świat słowiańskiej cyrylicy nie jest taki prosty jak to się na pierwszy rzut oka wydaje. Mam nadzieję, że komuś się na coś ten artykuł przyda, lub kogoś zainspiruje do nauki języków spokrewnionych z polskim. Naprawdę warto.

Podobne posty:
Jak (nie) uczyć się języków obcych - część 2 - rosyjski
Jak nauczyć się cyrylicy w 2 dni?
W jakim języku się mówi w byłej Jugosławii?
5 rzeczy jakich nauczyła mnie nauka czeskiego

wtorek, 5 października 2010

Czy 1000 słów i 70% rozumienia to dużo?

Artykuł ten piszę niejako w związku z postem zamieszczonym na blogu LangSpot o metodzie nauki języka polegającej na nauczeniu się najpierw 1000 najczęściej używanych słów. Od wielu lat ludzie próbują znaleźć jakieś metody, które ułatwią im naukę języka w taki sposób, aby opanować go jak najszybciej i jak najmniejszym nakładem sił. W tym wypadku badania mówiące, że w przypadku opanowania 1000 słów człowiek będzie rozumiał 70% tekstu w obcym języku wygląda całkiem obiecująco. Czy metoda ta sprawdza się w praktyce?

Mamy tendencję do czytania o różnych metodach nauki w taki sposób, aby wydawały nam się bardzo dobre. Na pierwszy rzut oka bowiem wygląda to niesamowicie - nauczyć się 1000 słów i rozumieć 70% czytanego tekstu. Spotkałem się również z ogłoszeniami głoszącymi, że z firmą "x" nauczysz się 1000 słów w ciągu tygodnia i nauczysz się języka obcego. Podobne reklamy każą mi się zastanawiać dlaczego świat nie jest pełen poliglotów, a ludzie uczą się języków obcych przez wiele lat.

Prawda jest taka, że owe 70% rozumianego tekstu to bardzo mało. Podam przykład z życia wzięty:

Ponad rok temu notorycznie czytałem gazety obcojęzyczne w pięciu językach (rosyjski, angielski, niemiecki, serbski i ukraiński) i skrupulatnie zapisywałem ilość słów przeczytanych oraz tych, których nie potrafiłem dokładnie zdefiniować, bądź musiałem zgadywać. W każdym z nich nieznane słowo trafiało mi się w przedziałach od raz na 100 (niemiecki i serbski ) do raz na 600 słów (rosyjski). Oznaczałoby to, że znałem w każdym z tych języków przynajmniej 99% czytanej treści. Ktoś powie, że to wynik imponujący i też chciałby do takiego poziomu dojść. Sęk jednak w tym, że powyższe statystyki są bardzo mylne.

Po pierwsze - czytałem materiały z moich dziedzin zainteresowań czyli wszelkiego rodzaju rzeczy związane z polityką zagraniczną, muzyką, piłką nożną i językami. Gdybym miał czytać prozę wynik ten byłby zapewne ciut niższy. Po drugie - statystyki te dotyczyły jedynie znajomości pojedynczych słów, a nie całych zdań. Jeśli dotyczyłyby całych zdań wynik byłby jeszcze gorszy. Po trzecie - rozumienie ponad 99% słów miało się nijak do umiejętności władania językiem. Dowodem na to był fakt, że całkiem nieźle wypadał w tych statystykach język ukraiński, którego aktywną znajomość mam dość ograniczoną. Po czwarte - sprawdzanie co setnego słowa w słowniku jest bardziej czasochłonne niż się wydaje. W efekcie radość czytania czegoś poniżej 99,5% znajomości bywało trochę wkurzające.

Jak zatem miałbym być zadowolony ze znajomości 1000 słów i rozumienia 70% słów? Oznaczałoby to przecież sprawdzanie co trzeciego słowa w słowniku. I nawet jeśli niektóre rozumiałbym z kontekstu, to na pewno byłoby to za mało, żeby chociaż odgadnąć jakie stanowisko zajmuje autor danego artykułu.

Wniosek z tego jest taki, że nauka języka obcego nie jest rzeczą, która ogranicza się do wykucia w ciągu maksymalnie krótkiego czasu 1000 słów. To coś co wymaga ciągłej pracy przez lata i opanowania nieporównywalnie większej ilości materiału.

Zawsze byłem też przeciwnikiem uczenia się słów podawanych zupełnie bez kontekstu.  Osobiście szkoda by mi było czasu siedzieć i zakuwać setki wyrazów bez ich osadzenia w konkretnych sytuacjach, w jakich są używane. Zamiast tego lepiej jest wziąć jakiś lepszy podręcznik i go przerobić - najpopularniejsze słowa zapewne się w nim znajdą, a dodatkowo będą podparte przykładami oraz gramatyką. Gdy do tego będziemy odpowiednio dużo czytać i słuchać, to wejdą one do głowy jeszcze szybciej i, co najważniejsze, nie wylecą z niej. Nauczymy się owych 1000 słów tak czy tak, ale w nieco bardziej konstruktywny i dużo ciekawszy sposób.

Jeśli jednak ktoś nie ma na ten temat wyrobionego zdania to polecam spróbować - a nuż będzie to akurat sposób, który dla kogoś innego zadziała. Sam jestem ciekaw jakie wrażenia z nauki tą metodą mają inni.

piątek, 1 października 2010

Świat języków obcych - wrzesień 2010

Już trzeci raz  zamieszczam miesięczne podsumowanie treści zamieszczonej na tej stronie. Dla tych, którzy znajdą się tu po raz pierwszy będzie to doskonały przewodnik po stronie, a dla stałych czytelników - ewentualna możliwość powrotu do artykułów starszych.

We wrześniu miałem na głowie sporo rzeczy takich jak chociażby przeprowadzka i związane z tym komplikacje. Udało mi się jednak znaleźć trochę czasu i napisać 9 artykułów, z których jestem całkiem zadowolony. Zacząłem też się powoli zaznajamiać z językiem xhosa, bardziej w ramach eksperymentu niż faktycznej nauki, jednak jest to całkiem pouczające zajęcie. Poznałem też kolejnego blogera piszącego o językach obcych, a którego strona jest warta uwagi i mam nadzieję, że będzie się dalej rozwijać. Jeśli więc będziecie mieli czas to zajrzyjcie na http://przestrzenjezykowa.blogspot.com/.

Z wrześniowych postów najbardziej poczytnym artykułem była recenzja kursu Assimil, która kilku ludzi już do tego programu przekonała. Jeśli nie wiecie czym jest Assimil, to koniecznie ten artykuł przeczytajcie. (dodam, że nie dostaję pieniędzy od tej firmy za promowanie ich produktu - jest to wyłącznie moja subiektywna opinia). Drugie miejsce zajął opis mojej nauki języka angielskiego - ot, taka historia z życia wzięta, mam nadzieję, że komuś się na coś przyda. Trochę dalej w tym rankingu znalazła się historia nauki rosyjskiego - kolejna część tego swoistego cyklu autobiograficznego. Kiedyś może będzie miała ok. 20 części tj. po jednej na każdy język. Cóż, pożyjemy, zobaczymy.

Kolejnym cyklem jaki zacząłem są artykuły o języku xhosa, czyli bardzo ogólny zarys sytuacji językowej w RPA oraz opis pierwszych wrażeń związanych z językiem xhosa. Pod tym ostatnim artykułem znajdują się również bardzo ciekawe komentarze na temat muzyki w języku afrikaans, które kiedyś może staną się podstawą do napisania artykułów o najładniejszym języku świata (w mojej prywatnej opinii).

Dzięki mailom i komentarzom przez was zamieszczanych miałem też okazję napisać dwa posty mające charakter typowych porad. Starałem się pomóc w doborze materiału do nauki niemieckiego, angielskiego i rosyjskiego oraz opisać ile daje słuchanie radia przez godzinę dziennie. Jak zwykle, mam nadzieję, że podołałem zadaniu.

Pozostał jeszcze jeden artykuł, na którego poczytności mi szczególnie zależy ze względów osobistych. Jeśli nie wiecie nic o unikatowym wymierającym języku germańskim, którym włada 70 osób w pewnym miasteczku na południu Polski to przeczytajcie o języku wilamowskim.

Postanowiłem też zamieścić TOP10 dotychczasowych artykułów zamieszczonych na stronie:
1.Rewelacyjny program do nauki słówek - Anki
2.Jak się nauczyć cyrylicy w 2 dni?
3.Przewodnik po Anki
4.Recenzja kursu Assimil
5.10 najlepszych polskich blogów o językach obcych (wg Google'a)
6.Jak efektywnie uczyć się słówek
7.Blog językowy AJATT - ciekawa metoda nauki
8.5 rzeczy jakich mnie nauczyła nauka czeskiego
9.Jak (nie) uczyć się języków obcych - angielski
10.Pierwsze wrażenia z nauki xhosa

Dzięki wszystkim, którzy czytają, komentują, piszą do mnie maile (zawsze chętnie pomogę, na tyle na ile potrafię) i subskrybują bloga - dzięki wam mam motywację by pisać, a pisanie motywuje by się uczyć. Dzięki!

Podobne posty:
Świat języków obcych - sierpień 2010
Świat języków obcych - lipiec 2010

wtorek, 28 września 2010

Co przyjdzie z słuchania radia przez godzinę dziennie

Wchodzę po jednym dniu nieobecności do internetu, patrzę, a tu pojawiły się cztery nowe komentarze. Jeden z nich uznałem za szczególnie godny rozwinięcia w tej chwili, albowiem odpowiedź na niego trudno jest podać w odpowiedzi do komentarza - byłaby zbyt długa. Chciałbym też, aby jak najwięcej osób się z tym zapoznało i ewentualnie przedstawiło swój punkt widzenia na tą kwestię. Chodzi mianowicie o to, czy słuchanie radia obcojęzycznego przez godzinę dziennie szybko zwiększy poziom rozumienia ze słuchu.

Ludzie mają to do siebie, że zawsze i wszędzie poszukują najprostszych, najmniej męczących oraz najszybszych rozwiązań. Pomysł więc włączenia radia, żeby gdzieś tam sobie grało w tle wydaje się w tym wypadku kapitalnym narzędziem - wydaje się bowiem, że można robić coś innego, a język będzie sam wchodził do głowy. Jednak tak jak w przypadku wielu innych narzędzi trzeba po prostu wiedzieć jak z tego korzystać. Jeśli natomiast mamy złe podejście, to choćbyśmy mieli radio włączone przez 5 godzin dziennie, da nam to niewiele. Ale przejdźmy do konkretów.

Pierwsza rzecz na jaką należy zwrócić uwagę to fakt, że samo radio nas języka nie nauczy. Przydadzą się zawsze jakieś inne pomoce - słownik, podręcznik. W ogóle najlepiej zacząć go słuchać w momencie gdy się ma przynajmniej mgliste pojęcie o tym jak język funkcjonuje, jak brzmi i gdy się zna chociaż podstawowe zwroty. W przeciwnym wypadku nawet jeśli się bardzo skupimy na tym co leci w radiu, to nic z niego nie zrozumiemy. Jeśli nic nie rozumiemy, to znacznie trudniej jest się skupić - bo tak szczerze, kto usiedziałby porządnie skupiony na wykładzie prowadzonym po węgiersku? (wyłączając oczywiście osoby znające ten piękny język). Jedyne co możemy z takiego słuchania wynieść to frustracja i poczucie, że "nie mamy talentu do języków obcych". Po pierwsze więc: należy opanować przynajmniej podstawy języka.

Następna ważna kwestia, to obalenie mitu, że włączenie radia, żeby gdzieś tam sobie grało w tle cokolwiek da. Posłużę się tu przykładem z życia wziętym. Mój ojciec skończył szkołę tłumaczy języka niemieckiego i zawsze był miłośnikiem krajów niemieckojęzycznych, szczególnie Austrii oraz Szwajcarii. Pamiętam, że od kiedy w domu pojawiła się możliwość odbierania telewizji zagranicznej, to niemieckie kanały leciały czasem po 5 godzin dziennie. Gdyby tak było, że zupełnie bierne słuchanie daje jakieś wyniki to cała moja rodzina rozumiałaby dziś doskonale wszystko co się mówi po niemiecku. A tymczasem tak nie jest. Zawsze najwięcej będzie rozumieć właśnie osoba, która będzie naprawdę skupiona na materiale jakiego słucha. A poziom zrozumienia będzie wprost proporcjonalny do uwagi jaką będziesz poświęcać słuchanemu materiałowi. Należy zatem się skupić, skupić i jeszcze raz skupić. Zapomnij o tym, że radio chodzące w tle cokolwiek Ci da.

Ostatnią natomiast kwestią jest umiejętne wybranie ciekawej audycji. Ktoś powie, że to nic trudnego, a problem jest większy niż się wydaje.  Zawsze słuchanie audycji, nalepiej jeszcze dyskusji, da więcej niż słuchanie muzyki. Bardzo trudno jest zaś znaleźć coś na czym bylibyśmy w stanie zawiesić ucho na przynajmniej godzinę dziennie. Osobiście najbardziej polecałbym stacje czysto informacyjne takie jak chociażby rosyjskie radio Svoboda. Co natomiast się dzieje gdy słuchamy czegoś co jest nudne? Najprościej mówiąc - nudzimy się. Poziom naszego zaangażowania spada niemal do zera i tylko czekamy aż godzina się skończy, żebyśmy mogli się wziąć za coś innego. W efekcie nie nauczymy się wiele - zapewne po kilku dniach większość osób w ogóle zarzuci projekt słuchania radia. Znacznie łatwiej jest utrzymać skupienie oglądając telewizję, bo dodatkowo działa na Ciebie obraz.

Jeśli natomiast ktoś ma już opanowane pewne podstawy, potrafi znaleźć coś ciekawego do słuchania i umie się skupić na tym co słyszy - wtedy droga do sukcesu stoi otworem. Nie chciałbym tu rzucać liczbami - wiem, że niektórzy oczekują recept w stylu: "rób to przez określoną ilość czasu, a będziesz płynnie mówił, albo doskonale rozumiał obcy język". Jedno tylko wiem na pewno - najszybciej się nauczysz jakiejkolwiek umiejętności ją wykonując. I to się tyczy wszystkiego. Jeśli słuchanie jest twoim celem - słuchaj radia lub oglądaj telewizję tak często jak tylko możesz, ze skupieniem oczywiście. Jeśli chcesz doskonale mówić - znajdź ludzi władających językiem obcym i do nich mów. Jeśli chcesz czytać - czytaj jak najwięcej. Jeśli chcesz pisać - znajdź nawet najdziwniejsze forum internetowe, załóż bloga czy pamiętnik w obcym języku i pisz. Im więcej temu czasu poświęcisz, tym szybciej się nauczysz.


To ostatnie zdanie fajnie wyszło - w sumie jest to najkrótsza recepta na to jak się uczyć języka obcego.