Pokazywanie postów oznaczonych etykietą język francuski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą język francuski. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 kwietnia 2013

Języki regionalne Francji - Alzacki


 W związku z moim zeszłorocznym pobytem we Francji powstało trochę tekstów, które początkowo miały się znaleźć na nowej stronie poświęconej szeroko rozumianym podróżom. Ostatnimi czasy jednak doszliśmy z moją dziewczyną do wniosku, że ciężko pogodzić wszystkie obowiązki i na kolejnego bloga niestety nie starczy czasu. W poczekalni czeka więc mnóstwo artykułów podróżniczych i nie tylko. Nie byłbym bowiem sobą, gdybym nie stworzył tekstów opisujących obecną sytuację językową we Francji. Dlatego też w najbliższym czasie na blogu pojawią się artykuły o dialekcie pikardyjskim, językach bretońskim, baskijskim oraz dwóch wariantach oksytańskiego. Na początek jednak wybierzemy się do regionu leżącego na granicy niemiecko-francuskiej zwanego Alzacją, gdzie kilkadziesiąt tysięcy ludzi ciągle włada germańskim dialektem znanym powszechnie jako język alzacki.

„Und jetzt fahren wir nach Strassburg.” – powiedziałem naszemu kierowcy. „Strasbourg” – poprawił mnie nieznajomy, ewidentnie akcentując fakt, iż jest to miasto francuskie i o symbolizowanej przez głoskę „sz” niemieckości nie może być mowy. Wjechawszy jednak do Strasburga trudno nie oprzeć się wrażeniu, że germański duch unosi się nad centrum przynajmniej w takim samym stopniu jak ten europejski nad okolicami  parlamentu i ciężko poczuć, że oto jesteśmy we Francji. Alzacja jest bowiem tworem szczególnym, będącym przez lata obiektem rozgrywek pomiędzy europejskimi mocarstwami, w ciągu ostatnich 150 lat zmieniając przynależność państwową w stopniu podobnym do mieszkańców regionów znacznie nam bliższych. 

Flaga Alzacji.
Sam Strasburg był przez długie lata wolnym miastem cesarskim, w którym najwięcej do powiedzenia miały kontrolujące nadreński handel możne rody kupieckie. O bogatej przeszłości świadczą liczne szachulcowe budynki i wznosząca się na głównym placu gotycka katedra – symbole niegdysiejszej wolności zakłóconej przez imperialne zakusy silniejszych sąsiadów. Pierwszym monarchą, który postanowił naruszyć neutralność Strasburga był Ludwik XIV – jego wojska zajęły miasto w roku 1681 i na okres niemalże 200 lat ustanowiły w nim władzę francuską. W 1871 roku na skutek wojny francusko-pruskiej Strasburg został przyłączony do nowo powstałych Niemiec i jako stolica Alzacji-Lotaryngii był w ich składzie aż do końca I wojny światowej. Po abdykacji cesarza Wilhelma II posłowie alzaccy ogłosili niepodległość swojego landu, ta jednak nie była respektowana przez żadną ze stron konfliktu i zachodni brzeg Renu powrócił w granice Francji, by po ponad 20 latach znów stać się ofiarą wojny. 

II wojna światowa odcisnęła na mieszkańcach Strasburga szczególnie mocne piętno. Najpierw miasto ewakuowano, a następnie władze III Rzeszy zezwoliły na powrót jedynie mieszkańcom niemieckiego pochodzenia, z których wielu wcielono siłą do nazistowskich sił zbrojnych. „Malgré-nous” (pl. „wbrew nam”), bo tak przyjęło się nazywać Alzatczyków służących wbrew swej woli w Wehrmachcie, ginęli na wszystkich europejskich frontach, a po wojnie na fali propagandy antyniemieckiej bywali oskarżani o kolaborację z okupantem i prześladowani przez władze francuskie. Dla wielu mieszkańców tego regionu stali się oni symbolem alzackiego kryzysu tożsamościowego. Bo trudno jednoznacznie powiedzieć kim są Alzatczycy.

Dwujęzyczna tablica z nazwą ulicy w Colmarze.
Pierwotnym językiem używanym w okolicach Strasburga były dialekty alzackie z grupy alemańskiej przypominające w pewnej mierze szwajcarską odmianę niemieckiego. Od czasów rewolucji francuskiej sytuacja lingwistyczna na tym terenie była idealnym odbiciem politycznej – żadne z państw nie poczuwało się do tego by szanować kulturową odrębność mieszkańców Alzacji, których w zależności od realiów politycznych próbowano wychować na przykładnych Niemców lub Francuzów. W dużej mierze przyczyniło się to do stopniowego wymierania miejscowych dialektów. Dziś na szczęście język alzacki powoli wraca do łask. Na ulicach Colmaru i Strasburga można zobaczyć alzackie nazwy ulic, na wsiach zakładane są dwujęzyczne szkoły, a charakterystyczne Winstube zdają się być najpopularniejszymi lokalami w okolicy. Wszystko to jednak jest zaledwie cieniem tego, czym było kiedyś.

Plakat z lat 50. nawołujący do nauki języka alzackiego.
Co dwa lata w alzackiej wsi Ohlungen odbywa się festiwal kultury alzackiej „Summerlied”, na który ściągają ludzie z całego regionu, żeby pobawić się przy dźwiękach ludowej muzyki, popijając Meteora  i zajadając Flammkueche, czyli miejscowe piwo oraz coś na kształt pizzy. Dzięki znajomościom Haliny mieliśmy zaszczyt stać się gośćmi specjalnymi tej imprezy, podczas której można było poczuć zupełnie inne, niefrancuskie oblicze Francji. Do Ohlungen zjechali wykonawcy z rozmaitych regionów Francji, w których tradycyjnie używa się innych języków. Obok Alzatczyków mieliśmy więc również okazję zobaczyć Bretończyków i korsykański zespół I Muvrini. Łatwo było wyczuć atmosferę wzajemnej współpracy na rzecz zachowania dorobku tych tradycyjnych społeczności. Wśród miejscowych kramów znalazło się nawet miejsce dla osób rozdających broszury informujące o panującym we Francji totalitaryzmie językowym oraz wzywające do obrony tożsamości regionalnej. I rzeczywiście trudno nie oprzeć się wrażeniu, że o ile rewolucja francuska wprowadziła nową jakość jeśli chodzi o równość ludzi bez względu na ich pochodzenie, o tyle wprawiła w ruch machinę dążącą do całkowitej unifikacji kraju pod względem lingwistycznym. Ci którzy się owym zabiegom oparli dziś są już w znaczącej mniejszości, a Alzatczycy, mimo stosunkowo niewielkiej liczebności, zdają się być jedną z grup najlepiej zorganizowanych. Lata romanizacji zrobiły jednak swoje.

Alzatczycy w strojach ludowych pod katedrą w Strasburgu.
Jean-Pierre jest członkiem Rady Języka Alzackiego i mieliśmy z nim okazję porozmawiać na temat sytuacji dialektów we współczesnej Francji. Z jednej strony alzacki nie jest już kojarzony z kolaboracją, można się go uczyć w szkołach i nietrudno go usłyszeć nawet na ulicach dużych miast, które w pozostałych regionach Francji są w pełni zromanizowane (konia z rzędem temu, kto w Rennes usłyszy bretoński).  Z drugiej natomiast pojawiają się liczne trudności, które stoją na przeszkodzie dalszemu rozwojowi tego języka. Alzacja jest bardzo zróżnicowana dialektalnie i fakt, iż dwie osoby z różnych części tego regionu mówią w germańskim dialekcie wcale nie musi oznaczać, iż się rozumieją. Trudno natomiast utworzyć ogólnie przyjętą zestandaryzowaną wersję, bo siłą rzeczy musiałaby ona faworyzować mieszkańców któregoś z pobliskich miast. Kolejnym wielkim problemem jest używanie języka tradycyjnego przez dzieci i młodzież – cóż z tego, że uczą się go w szkole, kiedy na podwórku go nigdy nie używają i przekazanie go potomkom zdaje się być w takiej sytuacji bardzo wątpliwe. Przechodzenie w takiej sytuacji na znacznie atrakcyjniejszy francuski jest kwestią naturalną. Nawet w samym języku alzackim zwroty tak podstawowe jak „dzień dobry”, „dziękuję”, „proszę” zostały całkowicie zapożyczone z francuskiego, a ich germańskie odpowiedniki są według naszego znajomego jedynie archaizmami, których nikt już nie używa.  Innym niezwykle interesującym zjawiskiem jest używanie w konwersacji Alzatczyków dwóch bądź trzech (w przypadku gdy dana osoba zna jeszcze Hochdeutsch) języków jednocześnie. Dla wielu mieszkańców tego regionu rzeczą normalną jest opowiadanie o czymś po francusku, by tuż za chwilę przejść na dialekt alzacki i dokończyć swój wywód po niemiecku. Jest to coś niesamowitego i jednocześnie obrazującego faktyczną multikulturowość Alzatczyków.

Jak natomiast alzacki brzmi/wygląda? Oto fragment alzackiego kabaretu:

Pisana wersja dialektu alzackiego jest znacznie bardziej zrozumiała, przynajmniej dla osób znających niemiecki. Na jednym z plakatów nawołujących do nauki alzackiego dziecko pyta się dziadka po francusku "Grand-père, pourquoi n'y a-t-il plus de cigognes en Alsace?" ("Dziadku, dlaczego już nie ma bocianów w Alzacji?"). Dziadek natomiast, i to już polecam sobie wszystkim osobom niemieckojęzycznym samemu przetłumaczyć, odpowiada: "Weisch bue, wenn d'Stoerick uewers Elsass flieje, heere se uewerall Franzeesch reede, dann meine se, sie wäre noch nit ankumme un flieje widdersch."
Podobne posty:

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Językowe plany na rok 2012

Podtrzymując starą świecką tradycję tworzenia noworocznych planów (patrz Językowe plany 2011) postanowiłem znów pójść na łatwiznę (bo, powiedzmy sobie szczerze, nie trzeba być geniuszem, by napisać tego typu artykuł) i podzielić się z wami tym, czym zamierzam się zajmować w przyszłym roku oraz, przede wszystkim, trochę rozliczyć się z tego co zapowiadałem 12 miesięcy wcześniej. Dla was będzie to ważne głównie z tego wględu, iż zawartość bloga, nie licząc uniwersalnych dyskusji o najłatwiejszych i najtrudniejszych językach świata, w ogromnej mierze zależy od tego czym się właśnie zajmuję. Ale zanim przejdziemy do przyszłości cofnijmy się nieco w czasie.

Warto sobie najpierw przeczytać post o planach na rok 2011 - http://swiatjezykow.blogspot.com/2011/01/jezykowe-plany-na-rok-2011.html
W planach było:
- zajęcie się czterema głównymi językami, czyli angielskim, rosyjskim, serbskim oraz niemieckim. W szczególności chodziło mi nieco o urozmaicenie, jakim było dodanie do czytelniczego repertuaru literatury pięknej w tych językach, co w każdym przypadku się udało - najlepiej pod tym względem było z językiem rosyjskim (seria książek Akunina o detektywie Fandorinie, "Mistrz i Małgorzata" Bułhakowa, teraz wezmę się za "Dzieci Arbatu" i pewnie, gdy znów poczuję niedosyt, sięgnę po inne pozycje Akunina) oraz serbskim (od mojego osobistego faworyta Miljenko Jergovicia przez wspomniane rok temu dzieła Andricia oraz Mihajlovicia po antologię serbskich przypowieści z przełomu XIX i XX wieku, których słownictwo nierzadko było bardziej zbliżone do tego używanego obecnie w języku macedońskim). Nieco gorzej było z językiem angielskim (początkowo Irving, następnie, jak na osobę zainteresowaną Republiką Południowej Afryki przystało, J.M. Coetzee), głównie z racji tego, że miejsce literatury zajmowało nierzadko inne pozycje czytelnicze, czasem mniej a czasem bardziej rozwijające. Poza tym postanowiłem sobie przypomnieć dawne lata i znów obejrzeć, tym razem bez napisów czy lektora, takie serialowe perełki jak "Twin Peaks" czy "Black Adder". Najgorzej sytuacja się miała z niemieckim, gdzie prócz zeszłorocznego hitu Sarrazina przebrnąłem jedynie przez całkiem zabawną książkę Thomasa Brussiga "Am kürzeren Ende der Sonnenallee", poddałem się przy "Wilku stepowym" Hessego (początek bardzo przyjemny, ale radość z czytania właściwej części dzieła była już dość nikła z racji ekstremalnie długich zdań i licznych przemyśleń natury egzystencjalnej przy użyciu słownictwa daleko wykraczającego poza moją obecną wiedzę - może po prostu byłem zbyt niecierpliwy? Cóż, wrócimy do tematu za kilka lat.), a aktualnie czytam "Blaszany bębenek" Grassa.
Jeśli chodzi o aktywne użycie języka to proporcje były niemal takie same z poważnym wskazaniem na serbski (albo chorwacki mówiony przez osobę, która jest przyzwyczajona do standardu belgradzkiego), co akurat rozumie się samo przez się. Niemiecki raczej okazjonalnie.
- zajęcie się francuskim i ukraińskim - tu zawiodłem. Miałem miesiące (głównie na początku roku), w których potrafiłem kilka godzin spędzić nad ukraińskim (w ogromnej mierze było to czytanie gazet i książek o historii tego państwa, ale też tłumaczenia z polskiego, żeby w końcu ukraiński "żył swoim życiem", a nie był tylko zdziwaczałą formą mojego rosyjskiego), ale było to na tyle niesystematyczne, że trudno mi mówić o jakimś przełomie. Francuski natomiast, jak był, tak pozostaje raczej w strefie marzeń. Znowu doszedłem mniej więcej do połowy podręcznika, poczytałem parę tekstów, przyszło coś ważniejszego i tak sobie ten język siedzi w miejscu aż do dnia, kiedy znów postanowię po raz n-ty zająć się nim na poważnie.
- niderlandzki / afrikaans - pozwólcie, że tego nawet nie skomentuję;)
Poza tym przez krótki okres czasu zajmowałem się macedońskim, o czym dwukrotnie pisałem oraz bułgarskim, ale trudno nazwać to inaczej niż przelotna znajomość.


Jakie są więc językowe plany na rok 2012?

Po pierwsze, chciałbym dla własnej satysfakcji kontynuować to co robiłem dotychczas z moimi czterema językami, z czym nie powinno być raczej problemów, bo zwyczajnie sprawia mi to frajdę. Nie chcę podawać listy obowiązkowych lektur. Ważne tylko, żeby było dużo, mądrze i ciekawie.

Po drugie, idąc za radami ludzi mądrzejszych w niektórych kwestiach ode mnie, zamierzam ograniczyć na tym blogu używanie języka polskiego i pisać czasem w innych językach, głównie angielskim oraz rosyjskim. Ten krok ma niepodważalne zalety, zarówno dla mnie, jak i dla czytelników. Jako iż jest to blog o językach obcych, dla ludzi, którzy się uczą języków obcych, głupio byłoby używać stale języka ojczystego. Pisanie w językach obcych będzie dla mnie doskonałym sposobem sprawdzenia własnych kompetencji. Niewielkie błędy naturalnie będą się zdarzać, ale zawsze wychodziłem z założenia, że praktyka czyni mistrza i zamiast czytać milion książek o tym jak coś się robi, należy po prostu to zacząć robić (może jedynie uprzednio przeczytawszy choć krótki podręcznik). Jeśli dobrze pójdzie to może do grona czytelników dołączą osoby spoza świata polskojęzycznego. Ostatnią zaletą tego posunięcia będzie stosunkowa niewielka ilość wybitnie głupawych komentarzy - po prostu mniemam, iż osoba nie potrafiąca napisać poprawnego logicznie zdania w swoim języku ojczystym ma jeszcze większe problemy z wyrażaniem się w języku obcym (choć nie jest wykluczone, że się mylę).

Po trzecie, zamierzam w niedalekiej przyszłości utworzyć fan page "Świata Języków Obcych" na Facebooku i konto na Twitterze. Podchodziłem do tego wcześniej z ogromną rezerwą, bo o wspomnianych serwisach mam zdanie, delikatnie mówiąc, nienajlepsze. Blog się jednak powiększa z dnia na dzień i powoli brak dojścia do tych środków przekazu zaczyna mu doskwierać. Często natomiast zdarza mi się natrafić na coś ciekawego, co chciałbym pokazać, ale niekoniecznie widzę sens pisania o tym artykułu. Osoby posiadające więc FB i Twittera będą miały w ten sposób dostęp do rozmaitych, ukazujących się częściej lub rzadziej bonusów.

Po czwarte, chcę w tym roku poważnie zająć się językiem albańskim. Wiem, że dla niektórych ludzi to może być szok z racji niewielkiej popularności tego języka w naszym kraju, ale jako że zajmuję się, na razie półprofesjonalnie, Bałkanami może się okazać bardzo przydatny, a nic mnie nigdy tak nie irytowało jak specjaliści od Kosowa czy Albanii, którzy nie znają oficjalnego języka tego państwa. Mimo przynależności do języków indoeuropejskich albański jest tworem dość specyficznym, który nawet na pierwszy rzut oka wygląda na język znacznie bardziej obcy niż języki słowiańskie, germańskie czy romańskie, dlatego też nie oczekiwałbym biegłości w mowie i w piśmie w ciągu najbliższych miesięcy. Jeśli w grudniu będę w stanie czytać gazety i artykuły bez większych problemów (tzn. bez zastanawiania się nad znaczeniem co trzeciego zdania i grzebaniem w słowniku) stwierdzę, że plan został wykonany i stwierdzę czy warto z tym iść dalej.

Po piąte, chciałbym, aby podobnie jak dotychczas bardzo ważną część bloga stanowili czytelnicy, którzy nierzadko wnosili do niego więcej niż sam autor. Dlatego też byłbym bardzo wdzięczny za każdą sugestię na temat tego jak strona powinna wyglądać i jakie tematy powinny być na niej poruszane (choć z góry mówię, że nie mam zamiaru służyć za autorytet od hindi, perskiego, japońskiego etc.). Co twierdzicie o obcojęzycznych artykułach? O fan page'u na FB i Twitterze? A może ktoś chce powiedzieć, że nauka albańskiego nie ma sensu? Piszcie.

Podobne posty:
Językowe plany na rok 2011
Kilka słów o prowadzeniu bloga językowego
Demony głupoty - część 1
Macedoński - wstęp i z czego się uczyłem
Język macedoński w praktyce
Czy i kiedy opłaca się uczyć ukraińskiego?

niedziela, 2 stycznia 2011

Językowe plany na rok 2011

Po dwóch tygodniach milczenia, w dużej mierze spowodowanych ciągle kwitnącą dyskusją pod poprzednim postem, postanowiłem napisać coś nowego. Jako, że święta już za nami, a rok 2011 właśnie się zaczął, przyszedł czas na noworoczne postanowienia. Nigdy nie byłem zwolennikiem tego rodzaju rozwiązań, nierzadko miały się one nijak do rzeczy jakie następnie robiłem, jednak uznałem, że zrobienie sobie jakiegoś planu na następny rok i niejako nałożenie sobie z góry ograniczeń nie będzie złym wyjściem.

1. Rosyjski, angielski, niemiecki, serbski. Przede wszystkim będę się starał jak najczęściej używać tych języków co dotychczas. Przede wszystkim chodzi mi tu o czytanie literatury, jakichś interesujących artykułów (Kosowo, Bośnia, byłe ZSRR oraz mniejszość turecka w Niemczech to tylko niektóre z tematów jakie uważam za szczególnie fascynujące) - generalnie znalezienie czegoś ciekawego nie powinno sprawiać większego problemu. Chciałbym jednak nieco zmienić zakres czytanych rzeczy i trochę więcej czasu spędzić na czytaniu literatury pięknej w oryginale. Dlaczego? Przede wszystkim z powodu bardziej wyszukanego słownictwa. Bo o ile nie jest sztuką czytanie artykułów na dany temat (tak naprawdę opanowanie słownictwa z zakresu jaki człowieka interesuje to kwestia może kilkunastu dni), to przejście przez 500-stronicową powieść z pełnym zrozumieniem czytanego tekstu stanowi pewne wyzwanie.
Pamiętam, że kiedyś zostałem zapytany o jakieś szczególnie ciekawe strony serbskie. Czuję się więc zobowiązany wręcz do polecenia tej strony - http://www.antikvarne-knjige.com/elektronskeknjige/. Jest tam dość pokaźny zbiór książek z obszaru byłej Jugosławii i można m.in. przeczytać "Most na Drinie" Ivo Andricia (za co ów pan dostał literacką nagrodę Nobla). Książkę tę czytałem dwa lata temu po polsku i z chęcią przebrnę przez nią jeszcze raz, tyle że w oryginalnym wydaniu, które można znaleźć tu: http://www.antikvarne-knjige.com/elektronskeknjige/detail-item_id-35#book. Druga w kolejce jest kolejna książka jaką miałem okazję przeczytać po polsku, czyli "Kad su cvetale tikve" Dragoslava Mihajlovicia. A później zobaczymy...
Kolejną rzeczą jaką zamierzam dokończyć w styczniu jest przebrnięcie przez dzieło niemieckiego polityka Thilo Sarrazina "Deutschland schafft sich ab", które właśnie udało mi się zdobyć - kto interesuje się naszym zachodnim sąsiadem zapewne wie, że książka ta okazała się tam bestsellerem i jest swego rodzaju refleksją na temat teraźniejszości oraz przyszłości Niemiec. Szczególnie interesującą część stanowią rozważania dotyczące muzułmańskiej imigracji za Odrą. Następnie chciałbym przejść przez jakąś niemiecką literaturę piękną, ale jeszcze nie jestem do końca pewien co to będzie.
Co do języka rosyjskiego - ostatnimi czasy przekonałem się do kryminałów Borysa Akunina i będę kontynuowałem przygodę z nimi. Później mam zamysł trochę ambitny, czyli przeczytanie "Wojny i pokoju" Lwa Tołstoja (w zasadzie zgodnie z zasadami logiki powinno się pisać Tołstogo, bo "tołstoj/толстой" to przymiotnik).
Tak więc dokładamy do rzeczy rutynowych trochę literatury.

2. Francuski
Do tego języka podchodziłem w życiu już dwa razy. Nie mogę siebie nazwać kompletnym nowicjuszem - zasady wymowy, podstawowe czasy i słownictwo znam, swego czasu próbowałem czytać "Le Figaro" i ze słownikiem jakoś wychodziło. Chodzi mi jednak o to, by w tym roku się spiąć i wreszcie wskoczyć na podobny poziom na jakim jestem obecnie z językiem niemieckim, czyli chciałbym czytać artykuły bez większych problemów (co się wydaje w miarę proste), oglądać filmy bez napisów (co już będzie trudniejsze) oraz móc przeprowadzić nieskomplikowane rozmowy jeśli zajdzie taka potrzeba. W tym celu zamierzam przejść przez Assimila i dwa podręczniki Wiedzy Powszechnej, czyli chyba najbardziej sensowny zestaw jaki w Polsce jest dostępny.

3. Ukraiński
Powód jest podobny jak w wypadku francuskiego, czyli podchodzenie do niego parę razy. Z jednym tylko wyjątkiem - po ukraińsku potrafię czytać bez problemów, rozumienie ze słuchu też nie stoi na złym poziomie. Problem jednak w tym, że wymowa kuleje - mój ukraiński brzmi bardziej jak rosyjski z użyciem zasad ukraińskiej fonologii i niektórych słów właściwych ukraińskiemu. I o ile w praktyce nigdy mi to nie zaszkodziło, bo nawet w Galicji całkiem powszechna jest dwujęzyczność (tzn. ludzie z reguły mówią po rosyjsku bardzo dobrze, choć często również zachowując ukraińską wymowę niektórych głosek), to chciałbym przy następnej wizycie na zachodniej Ukrainie mówić czystą "ukraińską mową" ograniczając rusycyzmy do sfer, w których nie będę się czuł tak swobodnie.

4. Niderlandzki / afrikaans
A jednak! Te języki będą w tym roku najmniej ważne, raczej będę swobodnie biegał po podręcznikach do nich (niderlandzki - Assimil+Wiedza Powszechna / afrikaans - TY+Colloquial) porównując je zarówno między sobą, jak i znajdując analogie w angielskim oraz niemieckim. A jest ich sporo. Osoba, która zna niemiecki i angielski oraz ma przynajmniej błahe pojęcie o historycznym rozwoju języków germańskich bez problemu będzie umiała zrozumieć początkowe dialogi z podręczników. Nauka niderlandzkiego jest więc niejako brakującym ogniwem pomiędzy niemieckim a angielskim (ciekawy byłby tu też fryzyjski, ale nie widzę w tym na razie praktycznego sensu). Dodatkowo obydwa języki są wyjątkowej urody, a Benelux i RPA to na tyle ciekawe regiony, że niewątpliwie będę ich jeszcze kiedyś używał w praktyce. Mój cel to ogólne zaznajomienie się z tymi językami, czyli przerobienie tych podręczników jakie posiadam - w roku 2011 nie liczę na razie na więcej.

Jeszcze trochę o językoznawczych powodach mojego zainteresowania tymi językami. Francuski też traktuję jako wstęp do języków romańskich. Zgodzę się, jeśli ktoś powie, że jest to wstęp trochę nietrafiony, jako że znacznie się różni od innych, ale na chwilę obecną pociąga mnie on znacznie bardziej niż pozostałe romańskie. Ukraiński zaś jest brakującym ogniwem pomiędzy polskim a rosyjskim - aż szkoda nie zaznajomić się przynajmniej z podstawami tego języka, gdy znamy dwa pozostałe. I zastanawiałem się nad tym czy nie dodać do załączonego zestawu podstaw białoruskiego. Na razie byłoby to jednak za dużo - zamiast tego załączę sympatyczną piosenkę tamtejszego zespołu N.R.M. pod tytułem "Тры чарапахі"/"Try čarapahi" ("Trzy żółwie"). Jak ktoś białoruskiego nigdy nie słyszał, to właśnie ma okazję :)


Jednocześnie pozdrawiam wszystkich uczących się oraz zainteresowanych językami obcymi i życzę sukcesów w nadchodzącym roku. Ze swojej strony natomiast obiecuję, że postaram się pisać tak często jak to tylko możliwe. Tym bardziej, że będzie o czym. Języków obcych, sposobów ich uczenia, ich wykorzystywania, jest tyle, że ten temat nigdy nie będzie wyczerpany.