niedziela, 30 grudnia 2012

Gold List, podręczniki do serbskiego oraz konwersacje w 50 językach

W związku z tym, że koniec roku coraz bliżej czuję się zobligowany do tego, aby zamieścić na blogu coś nowego, co tchnie w bloga trochę świeżości, a zarazem będzie motywacją dla wielu z was, aby nie zaprzestawać nauki i zagłębiać się coraz bardziej w świecie języków obcych. W ciągu ostatnich kilku miesięcy doskwierał mi raczej brak czasu wolnego, jeśli natomiast takowy posiadałem wolałem go przeznaczać na rzeczy pożyteczniejsze z mojego punktu widzenia niż pisanie bloga. Mam jednak nadzieję, że ten artykuł, będący w ogromnym stopniu wypadkową pytań, jakie w ostatnim czasie otrzymałem w komentarzach bądź drogą mailową, stanie się swoistym zadośćuczynieniem za ostatni okres ciszy na blog. A o czym wspomnę? 1)O metodzie GoldList, 2) o książkach do nauki serbskiego i chorwackiego oraz 3) o bardzo ciekawej stronie, na której można się nauczyć absolutnych podstaw 50 języków i przy okazji się językowo zabawić. Gotowi? No to zaczynamy.

Co sądzisz o metodzie GoldList?
To pytanie pojawiło się pierwszy raz w komentarzach już dwa lata temu, ostatnio zaś przypomniał mi je pewien internauta w prywatnej korespondencji. Jako iż miałem okazję swego czasu przetestować działanie wspomnianej wyżej metody mogę co nieco o niej powiedzieć. Na początku jednak wolałbym osobom w tym temacie nowym zwięźle przedstawić jej genezę oraz działanie.

Twórcą metody nauki obcych słówek jest pewien Brytyjczyk David James. Sam proces jej stosowania jest całkiem prosty - mamy przykładowo 25 obcych słówek i zapisujemy je od góry do dołu na stronie zeszytu. Do listy tej wracamy dopiero po dwóch tygodniach i wtedy jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zauważamy, że oto zapamiętaliśmy ok. 30% tego co zapisaliśmy poprzednio. Robimy więc kolejną listę składającą się z 17 słówek, które nie utkwiły nam w głowie po pierwszej serii. I wracamy do niej dopiero po dwóch tygodniach. I tak w kółko. To oczywiście ogromne uproszczenie całej metody, szczegółowy opis znajdziecie na stronie jej twórcy - http://huliganov.tv/goldlist-eu/.

Nigdy nie byłem specjalistą od tego jak działa ludzki mózg i osobiście niewiele rzeczy irytuje mnie tak bardzo jak debaty domorosłych poliglotów na temat pamięci krótkotrwałej i długotrwałej, ale jedno muszę przyznać - stosując metodę GoldList za każdym razem byłem w stanie rzeczywiście zapamiętać około 30% z tego co zapisałem dwa tygodnie wcześniej. Wraz jednak z upływem czasu zaczęły rosnąć w mojej głowie kolejne wątpliwości. Wbrew twierdzeniom Davida słowa zapamiętane po pierwszej serii niekoniecznie znajdowały się w naszej pamięci po miesiącu od jej wykonania. W zasadzie całkiem spory ich odsetek uciekł z mojej głowy już po dwóch miesiącach. Z jednej strony powodem tego mogło być specyficzne źródło, z którego owe słówka czerpałem - trudno bowiem uznać język używany w XIX-wiecznych opowiadaniach serbskich za mający wiele wspólnego z obecną rzeczywistością. Z drugiej jednak strony na czym miałbym ową metodę testować jeśli nie właśnie na tego rodzaju słownictwie - większość rzeczy bardziej popularnych ktoś mający na co dzień do czynienia z danym językiem obcym i tak zapamięta, bez stosowania jakichkolwiek cudownych metod.

Nie chciałbym nikogo tu zrażać - jeśli ktoś uważa, że wszystkie metody nauki słownictwa (takie jak chociażby ANKI, o czym mogliście przeczytać zarówno u mnie, jak i na "Przestrzeni Językowej" u Piotrka) go zawiodły może oczywiście wypróbować GoldList. Nie warto się jednak nigdy oszukiwać - jeszcze nikomu nigdy nie udało się wymyślić jednej perfekcyjnej metody, która w prosty sposób zainstaluje język obcy w naszej głowie.

Jakie książki do serbskiego mógłbyś polecić?
Wspominałem już o tym kilka (jeśli nie kilkanaście) razy i mam nadzieję, iż tym razem informacja ta znajdzie się w miejscu na tyle widocznym, że nie będę jej już musiał powtarzać po raz kolejny. Pierwszą pozycją, jaką uważam za godną polecenia jest książka z Wiedzy Powszechnej, wydawnictwa wielokrotnie już na łamach tego bloga wychwalanego, pod tytułem "Govorite li srpskohrvatski?" autorstwa Marii Krukowskiej. Podręcznik ten został ostatni raz wydany w latach 80., ale nadal można go dość często spotkać na aukcjach internetowych. Objętościowo jest raczej niewielki, ale wyjaśnia w przystępny sposób podstawy gramatyki i zaznajamia nas z podstawowym słownictwem. Po przerobieniu tego podręcznika nie miałem problemu z czytaniem gazet po serbsku i bardzo prostymi konwersacjami. Mankamentem jest może brak jakichkolwiek kaset, ale dzięki nieskomplikowanej relacji pisma i dźwięku (w myśl obowiązującej w języku serbskim zasady Piši kao što govoriš i čitaj kako je napisano) lukę tę można bardzo łatwo nadrobić słuchaniem radia. Tutaj polecam szczególnie trzy radiostacje: B92, Radio Beograd z bardzo interesującą cotygodniową audycją, jaką jest "Sedmica" oraz, dla miłośników Chorwacji, HRT, które oferuje nam wszystkie audycje do ściągnięcia w formie plików mp3.

Ostatnimi laty na rynku ukazała się też druga bardzo ciekawa pozycja dla osób uczących się serbskiego i jest to dwutomowy podręcznik "Język serbski", którego autorami są Anna Korytowska, Olivera Duškov oraz Irena Sawicka. Miałem okazję korzystać jedynie z drugiego tomu i mogę śmiało powiedzieć, iż nigdy nie znalazłem lepszego podręcznika do nauki tego języka. Jakby tego było mało jest też na polskim rynku dostępna spolszczona wersja "Teach Yourself Croatian", która, jak większość wydań z tego wydawnictwa ma swoje wady i zalety, ale biorąc pod uwagę podobieństwo do naszego ojczystego języka absolutnie wystarcza by opanować podstawy gramatyczno-leksykalne.

Absolutne podstawy 50 języków w formacie mp3 za darmo, czyli book2
Strona, która zamierzam przedstawić w ramach gwiazdkowo-noworocznego prezentu nie jest może niczym nowym, ale na pewno jest czymś bardzo ciekawym dla osób, które językami obcymi się interesują. Na stronie www.goethe-verlag.com/book2/ znajdziecie zestaw 100 lekcji zawierających najprostsze konstrukcje zdaniowe w 50 językach (!) do ściągnięcia w formie mp3. O ile z językoznawczego punktu widzenia wydaje mi się niemożliwe przetłumaczenie każdego z blisko 1800 zdań na dokładne odpowiedniki w 50 różnych językach, o tyle jako miłośnik języków obcych uważam taką ideę za niezwykle praktyczną i godną polecenia każdej osobie, która dopiero co zaczyna przygodę z językiem obcym. Podejrzewam, że w przypadku jednorazowego wyjazdu na wakacje przebrnięcie przez tłumaczenia podstawowych konwersacji z polskiego/angielskiego na chociażby chorwacki da więcej niż niejeden podręcznik, szczególnie jeśli chodzi o swobodę wypowiedzi - niewiele ćwiczeń jest w stanie tak znacznie poprawić swobodę wypowiedzi jak ustne tłumaczenie z języka ojczystego na ten którego się właśnie uczymy (przy okazji, na tej zasadzie działał kurs ESKK, z którym zaczynałem swoją przygodę z językiem rosyjskim).

Polecam również poeksperymentowanie ze stroną w celu porównania niektórych języków. Możemy np. ściągnąć zestaw konwersacji ukraińsko-białoruskich, otworzyć lekcję nr 48 pt. "Що ми робимо у відпустці/Заняткі на адпачынку" i następnie wysłuchać tłumaczeń z jednego języka na drugi zwracając uwagę na różnice pomiędzy nimi. Podobne operacje można przeprowadzić na innych parach słowiańskich, germańskich czy romańskich - jeśli jesteś miłośnikiem języków obcych gwarantuję dobrą zabawę.

Na koniec jeszcze jedna dobra wiadomość
Biorąc pod uwagę znaczny spadek częstotliwości ukazywania się nowych artykułów postanowiłem umieszczać artykuł dopiero wtedy, gdy w poczekalni znajduje się już kolejny. Dlatego możecie być niemal pewni, że już za dwa tygodnie ukaże się na blogu coś nowego. Tymczasem życzę wszystkim, aby nadchodzący rok był szczęśliwy, obfitujący w radości wszelkiego rodzaju i lepszy niż ten, wcale nie aż taki zły rok 2012!

Podobne posty:
Rewelacyjny program do nauki słówek - ANKI
Najlepsza rada dotycząca nauki języków obcych
W jakim języku się mówi w byłej Jugosławii?
Macedoński - wstęp i z czego się uczyłem przez ostatni miesiąc
Jak (nie) uczyć się języków obcych - część 2 - rosyjski

wtorek, 25 września 2012

Jak tanio zorganizować językowe wakacje?

Dzielnica La Plaine w Marsylii.
Języka obcego można się godzinami uczyć z podręczników, radia, telewizji, gazet i książek. Możemy również znaleźć rozmówców poprzez różnego rodzaju portale internetowe. Każda jednak osoba, która nauczyła się w dobrym stopniu języka obcego powie chyba, że nic nie daje takiej motywacji i w dłuższej perspektywie takich postępów jak wyjazd w miejsce, gdzie język, którego się uczymy jest używany na co dzień. Nie, wbrew pozorom artykuł ten nie będzie reklamą biura podróży bądź szkoły językowej organizującej mniej lub bardziej sensowne kursy. Zamiast polecać coś, o czym nie mam pojęcia postanowiłem skorzystać z doświadczenia i opowiedzieć o tym jak rzeczywiście za niewielkie pieniądze możemy sobie zorganizować niezapomniany wyjazd do obcego kraju.

Idąc ulicami Poznania nierzadko widuję wystawy biur podróży, na których widnieją oferty dwytygodniowych wycieczek do Chorwacji za ponad 2000 złotych. Trochę śmiać mi się chce biorąc pod uwagę, że rok temu mieszkałem w kraju spod znaku szachownicy 3 miesiące (gdyby wliczyć w to znacznie tańszą Macedonię liczba miesięcy wzrośnie nawet do czterech) i przeżywając masę przygód oraz spotykając na każdym kroku interesujące osoby wydałem na to dokładnie taką samą liczbę pieniędzy, co turyści, których świat nierzadko ograniczał się do tego, co pokazał im przewodnik. Każdy naturalnie pragnie od wyjazdów czegoś innego - rzecz jednak w tym, że chcąc opanować język obcy im wyjazd bardziej obfituje w kontakt z obcokrajowcami, tym lepiej. A pieniądze? Cóż, z reguły preferujemy wydawać ich mniej, czyż nie?

Rady co do zorganizowania wyjazdu oszczędniejszego a zarazem językowo bogatszego są dwie - jedna dotyczy zakwaterowania, druga jest już związana stricte z przemieszczaniem się.
Widok na stare miasto w Dreźnie.

Couchsurfing
Zapewne niejeden z Was spotkał się z portalem Couchsurfing i wie, na czym on polega. Pozwolę sobie zatem w skrócie wytłumaczyć jego działanie osobom, które nigdy o nim nie słyszały bądź są do niego negatywnie nastawione. Portal działa na prostej zasadzie - rejestrujemy się na nim, a następnie możemy do woli przeglądać bazę osób zarejestrowanych w miejscu, do którego się wybieramy, napisać do jednej z takich i następnie liczyć na pozytywną odpowiedź. Wyobraźcie sobie, że jedziecie do Berlina, Paryża czy Londynu i tam zamiast w hotelu spędzacie czas u kogoś kto mieszka w tym miejscu od dawna - rozmawiacie z nim, poznajecie jego zwyczaje, stajecie się na krótko częścią lokalnego społeczeństwa, które nierzadko potrafi o otaczającej przestrzeni powiedzieć więcej niż słynne zabytki czy kramy z kiczowatymi pamiątkami.

Nie macie czasu ani pieniędzy na wyjazd? Możecie zawsze gościć przybyszy zza granicy w swoim miejscu zamieszkania. To również jest świetna okazja do tego, by poznać ciekawe osoby, porozmawiać w obcym języku lub pomóc naszemu znajomemu nauczyć się języka polskiego (wbrew pozorom można spotkać obcokrajowców, którzy naszą mowę ojczystą opanowali na poziomie umożliwiającym komunikację).
Podróżując stopem przez Bułgarię.

Autostop
Do jazdy autostopem byłem kiedyś nastawiony bardzo negatywnie i doskonale rozumiem ludzi, którzy mają do tego sposobu podróżowania pewne zastrzeżenia. Wiele osób uważa, że jeżdżąc stopem bądź biorąc autostopowiczów narażamy się na niepotrzebne ryzyko i możemy stać się ofiarą przestępstwa. Jest w tym zapewne ziarnko prawdy, ale uważam, że równie dobrze można oberwać po głowie wracając wieczorem z imprezy, a nie jest to rzecz, której ludzie unikają jak ognia. Podróżując stopem oczywiście należy zachować pewne środki bezpieczeństwa, ale nie można popadać w panikę - znam mnóstwo osób, które ów środek transportu stosują od dawna w różnych miejscach na całym świecie, od Portugalii przez Tadżykistan po Chiny i nie zamieniliby go na żaden inny. Wiem jedno - nic tak nie potrafiło urozmaicić nigdy mojej podróży jak właśnie spotykanie ciekawych osób na drodze. Żeby nie być gołosłownym przytoczę tu historię z życia wziętą.


Rok temu ja i moja dziewczyna jechaliśmy z Tesalonik do Bitoli (Macedonia), gdzie mieliśmy rozbić namiot w parku narodowym Pelister, bo rano byliśmy w tym miejscu umówieni ze znajomym. W okolicach Edessy wziął nas pewien Grek, który po 30 minutach rozmowy zaproponował byśmy z nim zjedli kolację w jego domku nad jeziorem Prespa przy granicy grecko-macedońsko-albańskiej. Panos, bo tak ów Grek miał na imię, mieszkał w Agios Germanos (gr. Άγιος Γερμανός), przygotował nam greckie potrawy, obwiózł po okolicy odkrywając przed nami świat o jakim nie mieliśmy pojęcia. Mieliśmy okazję zobaczyć wymarłe wioski, których mieszkańcy zostali wypędzeni w trakcie wojny domowej pod koniec lat 40., usłyszeliśmy słowiańskie dialekty, którymi do dziś mówią niektórzy mieszkańcy tych ziem i których nazewnictwo jest dla Greków kwestią dość problematyczną - Panos nazywał to "językiem jugosłowiańskim" bądź "dialektem Skopje" zręcznie unikając nazwy "macedoński". Przenocowaliśmy w Grecji i nazajutrz nasz gospodarz odwiózł nas pod granicę, skąd do Bitoli pozostało nam jedynie 40 kilometrów. Gdybyśmy jechali publicznym środkiem transportu nie mielibyśmy szans na przeżycie tej przygody, która stała się jednym z najciekawszych momentów w czasie czterech miesięcy spędzonych na Bałkanach. Wieczór w Agios Germanos będę pamiętał lepiej niż wieżę Eiffla, Luwr i inne rzeczy, których zobaczenie jest marzeniem wielu ludzi. O tym, że spotkane przypadkiem osoby są lepszymi obiektami konwersacji niż budynki nie muszę chyba wspominać.
Port w Rovinju (Istria).


Językowe wnioski
Bez względu na to, czy Couchsurfing i jazda stopem przypadną komuś do gustu, warto wspomnieć, że sam wyjazd niewiele da pod względem językowym jeśli będziemy unikać kontaktów z miejscowymi ludźmi. Mitem jest bowiem przekonanie, że wystarczy długo przebywać w jakimś miejscu by nauczyć się danego języka, a zamknięcie się w bańce polskiej czy angielskiej jest często najprostszym i najmniej efektywnym rozwiązaniem (chyba, że akurat na tych językach nam najbardziej zależy). Couchsurfing i jazda stopem tylko zwiększają częstotliwość kontaktów z tubylcami - może więc warto się zastanowić, czy za rok nie spróbować? Naturalnie, jeśli macie inne pomysły spędzania wakacyjnego czasu i chciałby się nimi podzielić to zapraszam do dzielenia się nimi.

Podobne posty
Jak znaleźć czas do nauki?
Najlepsza rada dotycząca nauki języków obcych
Czy warto zapisać się na kurs językowy?
Język macedoński w praktyce
Płynny w 3 miesiące - czy aby na pewno?

środa, 16 maja 2012

Jak znaleźć czas do nauki?

Vote the Top 100 Language Learning Blogs 2012 Na początek krótkie ogłoszenie. Podobnie jak rok temu jakaś zbłąkana dusza postanowiła nominować "Świat Języków Obcych" do nagrody "Top 100 Language Lovers" w plebiscycie organizowanym przez międzynarodowy portal bab.la. Jak niektórzy czytelnicy wiedzą, na ogólną ocenę bloga w 50% składa się ilość głosów oddanych przez czytelników. Dlatego też, jeśli ktoś czuje, że "Świat Języków Obcych" w czymś mu pomógł, bądź uważa, że mimo wszystko jest ciekawym miejscem w sieci, to będę zaszczycony, jeśli zagłosuje na bloga w tym plebiscycie pod adresem - http://www.lexiophiles.com/language-lovers-toplist/vote-for-your-favorite-language-learning-blog-2012. Rok temu udało się nam wszystkim zająć miejsce w ścisłej czołówce, więc może tym razem również się uda. 

Zawsze wydawało mi się, iż najciekawszą rzeczą w samym blogowaniu jest interaktywność całego tego przedsięwzięcia (autorami są przecież poniekąd wszyscy czytelnicy), dlatego też starałem się brać pod uwagę każdy głos czytelników "Świata Języków Obcych" oraz zmieniać jego treść zgodnie z ich oczekiwaniami. Dlatego też, w związku z pytaniami zamieszczonymi przez kilku czytelników pod postem "Зачем же писать на других языках?" dotyczącymi tego, czy i jak jest możliwe uczenie się kilku języków jednocześnie, postanowiłem się tą kwestią zająć w osobnym artykule. Będzie to jeden z niewielu postów, który być może przyda się nawet osobom nie mającym do czynienia z językami obcymi, więc możecie go do woli polecać znajomym.

Jakub (autor niedawno założonego bloga - Cyrograf poligloty) w swoim komentarzu stwierdził, że chodząc do liceum niemożliwym jest uczenie się języków obcych przynajmniej pół godziny dziennie. Nie jest to odosobniona opinia, biorąc pod uwagę fakt, że nierzadko spotykamy się z opinią na temat chronicznego niedoboru czasu, który można przeznaczyć na coś produktywnego. Lubimy zwalać wtedy winę na szkołę, pracę, jakąś nadprzyrodzoną siłę, która urządziła świat w taki sposób, że na naukę języków obcych czasu już nie starcza. Tymczasem w zdecydowanej większości przypadków jest to wina tylko i wyłącznie nas samych.

Zacznijmy od prostego rachunku matematycznego. By pokazać to dobitniej wezmę pod uwagę człowieka bardzo przeciętnego, czyli takiego, który śpi codziennie po 8 godzin (mimo że większość osób nie chodzi spać wcześnie i śpi po 6), pracuje 8 godzin i 2 godziny dojeżdża do pracy (mimo że spora liczba osób czytających bloga uczy się w liceum bądź studiuje i traci w tym wypadku znacznie mniej czasu - nie piszcie mi tylko o tym ile czasu wam zajmuje nauka poza szkołą, bo sam studiowałem i wiem coś o tym;)). Doba ma 24 godziny. Odejmując od tego 18 mamy nadal 6 godzin do rozdysponowania. I teraz zanim ktoś zacznie narzekać, że nie ma czasu na zrobienie tego i owego niech się spokojnie zastanowi na co ten czas przeznacza.

Zgodzę się z faktem, że w ciągu tych 6 godzin jest pełno spraw, które chcąc nie chcąc trzeba załatwić. Trzeba się najeść, umyć, spędzić czas z bliskimi itp. Jest jednak mnóstwo rzeczy, które śmiało możemy nazwać pożeraczami czasu, czymś co w sumie niewiele do naszego życia wnosi, ale spędzamy przy tym tysiące godzin. Ile czasu dziennie na przykład spędzasz siedząc przed telewizorem, grając w gry komputerowe, oglądając zdjęcia i "lajkując" statusy znajomych na Facebooku bądź oglądając głupawe filmy na YouTube? Ile razy w ciągu tygodnia wychodzisz na imprezę ze znajomymi tracąc na to cały wieczór? Osobiście nie uważam siebie za jakiś wyjątek - tak jak każdy lubię się czasami rozerwać i jeśli ktoś wyobraża sobie mnie jako osobę, która przychodząc do domu tylko się uczy, to się grubo myli. Telewizora jednak faktycznie nie posiadam, w gry komputerowe nie grywam (aczkolwiek zdarzało mi się w przeszłości przesiadywać po kilka godzin dziennie nad Starcraftem czy wszystkimi odsłonami Europy Universalis), na Facebooka wchodzę raz na tydzień i spędzam na nim maksymalnie 5 minut, z YouTube'a korzystam raczej rzadko, a moje życie towarzyskie jest całkiem normalne - spotykam się ze znajomymi dość regularnie, piję od czasu do czasu w niewielkich ilościach alkohol (nie, nie będę nikogo tym artykułem zmuszał do abstynencji), ale jednocześnie nie jest to wyznacznik mojego stylu życia i nie wyobrażam sobie robić tego codziennie.

O co mi więc chodzi? Na pewno nie o to, by przekonywać wszystkich do tego, by przyjęli ascetyczny tryb życia. Jedynie garstka osób w takiej sytuacji byłaby naprawdę szczęśliwa (jeśli ktoś uważa, że by był to radzę mu zostać samemu w domu na tydzień - gwarantuję, że będzie ciągnęło do ludzi nawet największych introwertyków). Zanim jednak ktoś zacznie narzekać, że na naukę języków nie ma czasu to niech zastanowi się nad kwestiami, które wymieniłem powyżej i które naprawdę bardzo można ograniczyć. Jeśli natomiast ktoś uważa, że za żadną cenę nie jest w stanie porzucić oglądania "M jak miłość", spędzania wieczoru na FB, YT oraz grach komputerowych czy piwie/wódce to, brutalnie mówiąc, rzeczy te są dla niego ważniejsze niż języki i tym samym traci prawo do narzekania.

A jak zmniejszyć marnotrawienie czasu? Kiedyś zrobiłem jeden eksperyment, który w dużej mierze zmienił moje podejście do tego, jak wykorzystuję swój czas. Wystarczy do tego zeszyt, długopis oraz zegarek. W całym eksperymencie chodzi o to, by spisywać ile czasu przeznaczamy na różne czynności przez okres kilku dni (żeby całe badanie miało najbardziej obiektywne wyniki należy wybrać jakiś względnie normalny tydzień bez urlopów, egzaminów itp., choć nie jest to oczywiście wymóg). Gdy już zbierzemy dane, należy je spokojnie przeanalizować i zastanowić się nad tym, jakie zmiany w dziennym grafiku można wprowadzić od zaraz. Gwarantuję, że większości z osób, które to zrobią nagle otworzą się oczy i zauważą jak ogromną ilość czasu traciły na rzeczy kompletnie nieistotne. Szczególnie ilość godzin spędzanych bezproduktywnie przed ekranem telewizora (seriale) bądź komputera (gry komputerowe i portale społecznościowe) potrafi naprawdę przerazić. Nagle okaże się, że w ciągu tygodnia można bez większych problemów znaleźć dodatkowe kilka godzin czasu na szeroko pojęte "samodoskonalenie się".

A jakie Wy macie ciekawe pomysły na znalezienie czasu, który można produktywnie wykorzystać? Jak zwykle zapraszam do dyskusji.

 Podobne posty:
Зачем же писать на других языках? 
Najlepsza rada dotycząca nauki języków obcych
Czy warto zapisać się na kurs językowy?
Faza plateau - co to jest i jak przez to przejść?
Jakiego języka warto się uczyć?

wtorek, 10 kwietnia 2012

Зачем же писать на других языках?

Надо было довольно долго ждать, но наконец-то пришло время сделать первую запись на русском. В начале могут появиться вопросы на счет использования других языков и потому начну с короткого объяснения. Многие могут спросить зачем же писать на иностранном языке, если до сих пор этот блог был полностью польским и вероятно для 95% его читателей польский язык является родным? Вот мой ответ.

1.„Świat Języków Obcych” прежде всего является блогом, на котором из-за тематики все мои языки должны иметь равный статус и будет только лучше если иногда здесь будет появляться что-нибудь более изощренное чем обычные статьи написанные на польском. Ведь это нетрудно - быть поляком и писать на польском о других языках. В принципе это может делать любой человек и записи на русском, английском, сербском и немецком будут посредственным доказательством того, что я могу писать не только о них, но и на них.

2.Как вы, наверно, заметите, я сделаю несколько ошибок, потому что мой русский, хотя вполне коммуникативный (и в этом у меня нет сомнений) никогда не был и не будет безошибочным. Я вас прошу, дорогие читатели, если найдете какие-нибудь ошибки, напишите мне, пожалуйста, на e-mail. Этой записью я хочу также сказать, что ошибки могут стать лучшим другом в процессе учебы и наглядно показать что еще нам надо улучшить. По-моему, если кто-то боится делать ошибки и поэтому не говорит и не пишет на иностранном языке, значит, он никогда его не выучит. Так впрочем думает любой человек, который знает хотя бы один чужой язык. Есть тоже один очень простой принцип, который лучше всего показывает что надо делать чтобы выучить язык – если хочешь отлично читать, читай; если хочешь говорить, говори; а если хочешь хорошо писать, единственной панацеей является именно письменная работа. Думаю, что больше не надо писать о том, что лучшего упражнения просто нет.

3.Надеюсь, что мой блог в будущем станет местом, как для людей говорящих по-польски, так и для русско-, английско- и сербскоязычных читателей, где каждый сможет принять участие в дискуссиях на различные языковые темы (на любом языке, конечно) и познакомиться с интересными людьми. Прежде всего мне было бы очень приятно познакомиться с блогерами и любителями языков из других стран мира – если кто-нибудь из вас, дорогие читатели, пишет свой лингвистический блог, дайте мне знать. А если хотите только оставить комментарий на моем сайте, не стесняйтесь писать, даже на польском.

wtorek, 20 marca 2012

O albańskim języku słów kilka - część 1

Stare przysłowie mówi, że "milczenie jest złotem", aczkolwiek w sferze blogerskiej niekoniecznie ma ono wiele wspólnego z prawdą. Dlatego też wraz z nadchodzącym wkrótce początkiem wiosny postanowiłem się po pierwsze - przypomnieć, po drugie - powrócić do pisania na "Świecie Języków Obcych" raz na jakiś czas (stopień tego czasu zależy natomiast od wielu innych czynników), po trzecie - przekazać garść informacji o języku albańskim, które niektórych czytelników, mam nadzieję, zainteresują.

W ostatnim artykule, w którym dzieliłem się moimi planami na rok 2012 wspominałem o tym, iż zacząłem się uczyć albańskiego. Sam projekt nauki tego języka póki co znajduje się w fazie zawieszenia i nie chciałbym się specjalnie nad nim rozwodzić, bo nie byłaby to zbyt pociągająca oraz pełna nagłych zwrotów akcji relacja. Fakt faktem tekst albański nie jest dla mnie magią tak czarną, jaką był jeszcze na początku roku, jednak daleko mi do stwierdzenia, że znam choćby jego podstawy. Mimo to chciałbym nieco przybliżyć jego sylwetkę by każdy czytelnik wyrobił sobie przynajmniej mgliste pojęcie o języku, którym na Bałkanach włada około 5 milionów ludzi.

Słowa, słowa, słowa
Dla kogoś kto z albańskim ma do czynienia po raz pierwszy jest to język kompletnie niezrozumiały, szczególnie w wersji mówionej, która w niektórych regionach albańskojęzycznego świata różni się dość znacznie od standardu literackiego (o czym nieco później). W wersji pisanej jest nieco lepiej, bo spostrzegawcza osoba zacznie zauważać rzeczy, które przypominają to co dobrze znamy z naszego słowiańsko-germańsko-romańskiego podwórka. Weźmy chociażby takie proste zdanie:
Kosova është një shtet i pavarur në Evropën Juglindore.
Kosowo jest niezależnym państwem w Europie południowo-wschodniej.
Słowa është, shtet czy jug oraz nazwy geograficzne zdają się być bardzo znajome, czyż nie? Do tego dochodzi rodzajnik nieokreślony një, wyraz oznaczający polskie "w". Z kontekstu możemy natomiast zrozumieć, że -lindore oznacza coś "wschodniego" ("wschód" to po albańsku lindja) natomiast i pavarur znaczy tyle co "niezależny". Nie ma się jednak co oszukiwać - czytanie nawet tak względnie prostych tekstów jak albańska wikipedia na samym początku sprawia pewne trudności i nie należy do zajęć prostych, tym bardziej dla osób, które są przyzwyczajone do tego, że czytają po angielsku, rosyjsku czy francusku bez żadnych problemów. Mimo podobieństw do innych języków indoeuropejskich nawet w zakresie bardzo podstawowych wyrazów możemy znaleźć słowa, które potrafią człowieka naprawdę zadziwić.

Znając takie wyrazy jak a mother, die Mutter, мать lekki szok wywołuje u człowieka fakt, iż albański wyraz motër/motra oznacza nie matkę, lecz siostrę. Znając przymiotniki new, neu, novi, новый oczekujemy, że albański uraczy nas czymś podobnym, gdy tymczasem w miejsce kolejnego znajomo brzmiącego przymiotnika na literę "n" otrzymujemy zupełnie nam obce ri.  Podsumowując więc, podobieństwa są (dość spory jest zasób słownictwa zapożyczonego z łaciny), często pomagają, aczkolwiek poleganie na nich jest dość ryzykowne.

O gramatyce szczegółowo wypowiadać się bym nie chciał, a to z tej racji, że tak naprawdę jej jeszcze dobrze nie znam. Po przerobieniu jednak pierwszych kilku lekcji mogę stwierdzić, iż czasownik działa na podobnej zasadzie co w języku francuskim i w zależności od czasów i trybów potrafi przybierać rozmaite formy. Do tego dochodzą rzeczy dobrze znane z języków bałkańskich - odpowiednikiem serbskiej konstrukcji z да czy greckiej z να jest albańskie .
Odmiana rzeczownika jest zaś względnie prosta - faktycznie jest 5 przypadków, ale liczne formy się powtarzają, co znacznie ułatwia sprawę. Znacznie większe przeszkody znalazłem natomiast na polu nieregularnej liczby mnogiej.

Historia i dialekty albańskiego
Tu zaczyna się najciekawsza część tej opowieści. Kim są bowiem Albańczycy i skąd się wziął ich język? Pytanie to, z pozoru proste, od wielu lat nastręcza badaczom sporych problemów i mimo iż obecnie o samym języku oraz etnogenezie wiemy znacznie więcej niż w XIX wieku to nadal nie ma dowodów jednoznacznie potwierdzających jedną z teorii.

Na kartach historii Albańczycy pojawiają się oficjalnie dopiero w bizantyjskich źródłach z II połowy XI wieku, co jest ciekawe zwłaszcza ze względu, iż od swoich greckich i słowiańskich sąsiadów różnili się znacznie. Wraz z upadkiem Konstantynopola w roku 1204 i wytworzeniem się swoistej próżni politycznej na Bałkanach miejscowi przywódcy zaczęli zyskiwać na znaczeniu, a w XV wieku jeden z nich, Gjergj Kastrioti, znany bardziej pod imieniem Skanderbeg (alb. Skënderbeu), doprowadził do powstania pierwszej organizacji skupiającej albańskich wielmożów w celu obrony przed Turkami. Lidhja Shqiptare e Lezhës czyli Liga z Lezhë opierała się muzułmańskim agresorom aż do 1479 roku, kiedy to w ręce muzułmanów wpadła Szkodra.

Trwająca niemal 500 lat okupacja Albanii przez Turków osmańskich spowodowała przejście sporej części Albańczyków na islam i w dzisiejszej publicystyce nierzadko można spotkać się z opinią jakoby każdy Albańczyk był muzułmaninem. Praktyka wygląda natomiast zgoła inaczej. Chrześcijaństwo, mimo iż nie jest dominującym wyznaniem ma się całkiem nieźle, szczególnie na południu (prawosławie) i północy (katolicyzm) kraju. Większość danych statystycznych mówi o tym, iż 70% obywateli albańskich wyznaje islam, 20% prawosławie, natomiast 10% katolicyzm. Mimo tego trudno jednak mówić o tym by wiara mahometańska była podstawą albańskiej tożsamości narodowej. Pod każdym względem ustępuje ona szeroko rozumianej albańskości. Na Bałkanach jest takie powiedzenie, że jedyną religią Albańczyka jest Albania i sporo jest w tym racji. Gdy wjedzie się w pobliże takich miast jak Tetovo czy Gostivar w Macedonii nie rzucają się w oczy półksiężyce lecz czerwone flagi z dwugłowym orłem będące albańskim symbolem narodowym. Najlepiej indyferentyzm religijny oddaje natomiast żywot ojca Skanderbega Gjona Kastrioti, który wyznanie zmieniał w zależności od tego z kim aktualnie był sprzymierzony i w ciągu swojego życia zdążył być zarówno katolikiem, prawosławnym oraz muzułmaninem. Sam Skanderbeg przeszedł do historii jako wzór obrońcy chrześcijaństwa przed tureckim naporem, a pierwszy albański pisarz z krwi i kości Gjon Buzuku był katolickim księdzem - trudno w historii tego narodu mówić o podobnych bohaterach  wyznających islam.

Ale nie religia i polityka mają być głównym tematem tego artykułu lecz język. Jako że natomiast artykuł się rozrósł pozostawię wszystkich w pewnej niepewności i dokończę niebawem (tym razem w znacznie krótszym czasie niż 3 miesiące). W międzyczasie zapraszam do komentarzy, które zawsze były czymś co "Świat Języków Obcych" napędzało najbardziej, więc zawsze są mile widziane.

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Językowe plany na rok 2012

Podtrzymując starą świecką tradycję tworzenia noworocznych planów (patrz Językowe plany 2011) postanowiłem znów pójść na łatwiznę (bo, powiedzmy sobie szczerze, nie trzeba być geniuszem, by napisać tego typu artykuł) i podzielić się z wami tym, czym zamierzam się zajmować w przyszłym roku oraz, przede wszystkim, trochę rozliczyć się z tego co zapowiadałem 12 miesięcy wcześniej. Dla was będzie to ważne głównie z tego wględu, iż zawartość bloga, nie licząc uniwersalnych dyskusji o najłatwiejszych i najtrudniejszych językach świata, w ogromnej mierze zależy od tego czym się właśnie zajmuję. Ale zanim przejdziemy do przyszłości cofnijmy się nieco w czasie.

Warto sobie najpierw przeczytać post o planach na rok 2011 - http://swiatjezykow.blogspot.com/2011/01/jezykowe-plany-na-rok-2011.html
W planach było:
- zajęcie się czterema głównymi językami, czyli angielskim, rosyjskim, serbskim oraz niemieckim. W szczególności chodziło mi nieco o urozmaicenie, jakim było dodanie do czytelniczego repertuaru literatury pięknej w tych językach, co w każdym przypadku się udało - najlepiej pod tym względem było z językiem rosyjskim (seria książek Akunina o detektywie Fandorinie, "Mistrz i Małgorzata" Bułhakowa, teraz wezmę się za "Dzieci Arbatu" i pewnie, gdy znów poczuję niedosyt, sięgnę po inne pozycje Akunina) oraz serbskim (od mojego osobistego faworyta Miljenko Jergovicia przez wspomniane rok temu dzieła Andricia oraz Mihajlovicia po antologię serbskich przypowieści z przełomu XIX i XX wieku, których słownictwo nierzadko było bardziej zbliżone do tego używanego obecnie w języku macedońskim). Nieco gorzej było z językiem angielskim (początkowo Irving, następnie, jak na osobę zainteresowaną Republiką Południowej Afryki przystało, J.M. Coetzee), głównie z racji tego, że miejsce literatury zajmowało nierzadko inne pozycje czytelnicze, czasem mniej a czasem bardziej rozwijające. Poza tym postanowiłem sobie przypomnieć dawne lata i znów obejrzeć, tym razem bez napisów czy lektora, takie serialowe perełki jak "Twin Peaks" czy "Black Adder". Najgorzej sytuacja się miała z niemieckim, gdzie prócz zeszłorocznego hitu Sarrazina przebrnąłem jedynie przez całkiem zabawną książkę Thomasa Brussiga "Am kürzeren Ende der Sonnenallee", poddałem się przy "Wilku stepowym" Hessego (początek bardzo przyjemny, ale radość z czytania właściwej części dzieła była już dość nikła z racji ekstremalnie długich zdań i licznych przemyśleń natury egzystencjalnej przy użyciu słownictwa daleko wykraczającego poza moją obecną wiedzę - może po prostu byłem zbyt niecierpliwy? Cóż, wrócimy do tematu za kilka lat.), a aktualnie czytam "Blaszany bębenek" Grassa.
Jeśli chodzi o aktywne użycie języka to proporcje były niemal takie same z poważnym wskazaniem na serbski (albo chorwacki mówiony przez osobę, która jest przyzwyczajona do standardu belgradzkiego), co akurat rozumie się samo przez się. Niemiecki raczej okazjonalnie.
- zajęcie się francuskim i ukraińskim - tu zawiodłem. Miałem miesiące (głównie na początku roku), w których potrafiłem kilka godzin spędzić nad ukraińskim (w ogromnej mierze było to czytanie gazet i książek o historii tego państwa, ale też tłumaczenia z polskiego, żeby w końcu ukraiński "żył swoim życiem", a nie był tylko zdziwaczałą formą mojego rosyjskiego), ale było to na tyle niesystematyczne, że trudno mi mówić o jakimś przełomie. Francuski natomiast, jak był, tak pozostaje raczej w strefie marzeń. Znowu doszedłem mniej więcej do połowy podręcznika, poczytałem parę tekstów, przyszło coś ważniejszego i tak sobie ten język siedzi w miejscu aż do dnia, kiedy znów postanowię po raz n-ty zająć się nim na poważnie.
- niderlandzki / afrikaans - pozwólcie, że tego nawet nie skomentuję;)
Poza tym przez krótki okres czasu zajmowałem się macedońskim, o czym dwukrotnie pisałem oraz bułgarskim, ale trudno nazwać to inaczej niż przelotna znajomość.


Jakie są więc językowe plany na rok 2012?

Po pierwsze, chciałbym dla własnej satysfakcji kontynuować to co robiłem dotychczas z moimi czterema językami, z czym nie powinno być raczej problemów, bo zwyczajnie sprawia mi to frajdę. Nie chcę podawać listy obowiązkowych lektur. Ważne tylko, żeby było dużo, mądrze i ciekawie.

Po drugie, idąc za radami ludzi mądrzejszych w niektórych kwestiach ode mnie, zamierzam ograniczyć na tym blogu używanie języka polskiego i pisać czasem w innych językach, głównie angielskim oraz rosyjskim. Ten krok ma niepodważalne zalety, zarówno dla mnie, jak i dla czytelników. Jako iż jest to blog o językach obcych, dla ludzi, którzy się uczą języków obcych, głupio byłoby używać stale języka ojczystego. Pisanie w językach obcych będzie dla mnie doskonałym sposobem sprawdzenia własnych kompetencji. Niewielkie błędy naturalnie będą się zdarzać, ale zawsze wychodziłem z założenia, że praktyka czyni mistrza i zamiast czytać milion książek o tym jak coś się robi, należy po prostu to zacząć robić (może jedynie uprzednio przeczytawszy choć krótki podręcznik). Jeśli dobrze pójdzie to może do grona czytelników dołączą osoby spoza świata polskojęzycznego. Ostatnią zaletą tego posunięcia będzie stosunkowa niewielka ilość wybitnie głupawych komentarzy - po prostu mniemam, iż osoba nie potrafiąca napisać poprawnego logicznie zdania w swoim języku ojczystym ma jeszcze większe problemy z wyrażaniem się w języku obcym (choć nie jest wykluczone, że się mylę).

Po trzecie, zamierzam w niedalekiej przyszłości utworzyć fan page "Świata Języków Obcych" na Facebooku i konto na Twitterze. Podchodziłem do tego wcześniej z ogromną rezerwą, bo o wspomnianych serwisach mam zdanie, delikatnie mówiąc, nienajlepsze. Blog się jednak powiększa z dnia na dzień i powoli brak dojścia do tych środków przekazu zaczyna mu doskwierać. Często natomiast zdarza mi się natrafić na coś ciekawego, co chciałbym pokazać, ale niekoniecznie widzę sens pisania o tym artykułu. Osoby posiadające więc FB i Twittera będą miały w ten sposób dostęp do rozmaitych, ukazujących się częściej lub rzadziej bonusów.

Po czwarte, chcę w tym roku poważnie zająć się językiem albańskim. Wiem, że dla niektórych ludzi to może być szok z racji niewielkiej popularności tego języka w naszym kraju, ale jako że zajmuję się, na razie półprofesjonalnie, Bałkanami może się okazać bardzo przydatny, a nic mnie nigdy tak nie irytowało jak specjaliści od Kosowa czy Albanii, którzy nie znają oficjalnego języka tego państwa. Mimo przynależności do języków indoeuropejskich albański jest tworem dość specyficznym, który nawet na pierwszy rzut oka wygląda na język znacznie bardziej obcy niż języki słowiańskie, germańskie czy romańskie, dlatego też nie oczekiwałbym biegłości w mowie i w piśmie w ciągu najbliższych miesięcy. Jeśli w grudniu będę w stanie czytać gazety i artykuły bez większych problemów (tzn. bez zastanawiania się nad znaczeniem co trzeciego zdania i grzebaniem w słowniku) stwierdzę, że plan został wykonany i stwierdzę czy warto z tym iść dalej.

Po piąte, chciałbym, aby podobnie jak dotychczas bardzo ważną część bloga stanowili czytelnicy, którzy nierzadko wnosili do niego więcej niż sam autor. Dlatego też byłbym bardzo wdzięczny za każdą sugestię na temat tego jak strona powinna wyglądać i jakie tematy powinny być na niej poruszane (choć z góry mówię, że nie mam zamiaru służyć za autorytet od hindi, perskiego, japońskiego etc.). Co twierdzicie o obcojęzycznych artykułach? O fan page'u na FB i Twitterze? A może ktoś chce powiedzieć, że nauka albańskiego nie ma sensu? Piszcie.

Podobne posty:
Językowe plany na rok 2011
Kilka słów o prowadzeniu bloga językowego
Demony głupoty - część 1
Macedoński - wstęp i z czego się uczyłem
Język macedoński w praktyce
Czy i kiedy opłaca się uczyć ukraińskiego?

wtorek, 6 grudnia 2011

Zaproszenie na "Moje Bałkany"

Kumanovo - Macedonia
Dłuższy pobyt w nowym miejscu bardzo często staje się bodźcem do podejmowania nowych działań. Nie inaczej jest w przypadku mojej podróży na Bałkany. Jak większość czytelników "Świata języków obcych" wie, miałem przyjemność studiować zarówno stosunki międzynarodowe (specjalizacja: wschodoznawstwo) oraz filologię serbsko-chorwacką i w ogromnej mierze robiłem to z powodu szczerego zainteresowania problemami podejmowanymi na tych kierunkach. Z tej racji nierzadko nabierała mnie ochota napisania czegoś na temat krajów byłego ZSRR czy też Jugosławii. Niestety tematyka podobnych artykułów nie zawsze mieściłaby się w ramach bloga językowego, a niezbyt widzę sens zaprzątania tu głowy osobom, które nie są zainteresowane innymi rzeczami niż nauka języków obcych. Dlatego też postanowiłem specjalnie otworzyć drugiego bloga pod tytułem "Moje Bałkany", w którym będą pojawiać się artykuły związane z obszarem Półwyspu Bałkańskiego. Siłą rzeczy większość wpisów będzie się odnosiła do krajów byłej Jugosławii, ale na pewno poświęcę również sporo uwagi pozostałym państwom tego regionu. W końcu żeby zrozumieć specyfikę Bałkanów warto mieć systematyczną wiedzę o każdej ich części.

Na początek umieściłem na stronie kilka prac zaliczeniowych mojego autorstwa:
Serb i Grek - dwa bratanki? - tekst będący analizą pewnego napisu na ścianie stadionu Crvenej Zvezdy w Belgradzie
Ivo Josipović i Milan Bandić - analiza kampanii prezydenckiej w Chorwacji (2010) - tekst ciekawy, tym bardziej w obliczu niedawnych wyborów parlamentarnych, o których zamierzam napisać wkrótce
Separatystyczne organizacje pozarządowe w Republice Serbskiej - tekst będący odbiciem tego, o czym pisałem w mojej pracy magisterskiej.

Teksty dla laików mogą być dość ciężkie, ale postaram się na tej stronie przybliżyć bałkańską tematykę również osobom, które na razie nie mają na ten temat większej wiedzy. W przyszłości zamierzam zamieszczać na blogu artykuły autorstwa swojego, ale również innych osób mających do powiedzenia coś ciekawego w tym temacie. Chętnych do współpracy zapraszam! Bardzo byłbym wdzięczny również za wszelkie sugestie na temat tego, o czym byście chcieli przeczytać na bałkańskim blogu. Wszak bloga pisze się nie dla siebie, ale dla czytelników.

Nowy blog naturalnie nie oznacza tego, że na "Świecie Języków Obcych" przestaną się ukazywać nowe artykuły, bądź będą one czymś rzadszym. Wręcz przeciwnie, mam nadzieję, że obydwie strony będą napędzać się nawzajem i stanowić dla siebie wspaniałe uzupełnienie. Jeśli natomiast uda mi się zaciekawić tematyką bałkańską kogoś kto do tej pory się nią nie zajmował to będzie mi bardzo miło.

Podobne posty:
W jakim języku się mówi w byłej Jugosławii
Macedoński - wstęp i z czego się uczyłem przez ostatni miesiąc
Język macedoński w praktyce
Dlaczego serbski? Dlaczego chorwacki?
Wstęp do strony "Moje Bałkany"

czwartek, 10 listopada 2011

Czy warto zapisać się na kurs językowy?

Obiecałem kilka tygodni wcześniej napisać również o tym, jak zacząć się uczyć języków obcych od zera. Jedną z pierwszych kwestii, jakie zaprzątają głowę niemal każdego człowieka jest to czy warto się zapisać na kurs prowadzony w szkole językowej. Zapewne pytanie to zadaje sobie również niejedna osoba, która regularnie odwiedza "Świat Języków Obcych". Nigdy nie byłem wielkim zwolennikiem zapisywania się na kursy i przede wszystkim skupiam się tutaj na nauce języka obcego poprzez własną pracę, jednak byłoby wielką niesprawiedliwością zupełnie pominąć tego rodzaj wpajania wiedzy. Dlatego postaram się przedstawić sprawę tak obiektywnie jak to tylko możliwe.

Nie wiem od kiedy prywatne szkoły języków obcych zaczęły w Polsce działać. Nie potrafię też podać danych na temat tego ilu mają uczniów i jaki procent z nich faktycznie włada językiem, jakiego się uczą. Wiem jedynie, że szkoły językowe potrafią się reklamować znacznie skuteczniej niż inne źródła, dzięki którym możemy się nauczyć języka obcego. Umieją to robić tak dobrze, że obecnie nie jest  rzadkością usłyszeć (bądź przeczytać) opinię w stylu: "Żeby naprawdę nauczyć się języka musisz pójść na porządny kurs językowy. Najlepiej w szkole X". O dziwo, do niektórych ludzi taka, żenująca moim zdaniem, forma reklamy trafia. Wydają potem nierzadko setki złotych w nadziei na to, że po roku spędzonym w szkole językowej będą umieli porozmawiać po angielsku/niemiecku/hiszpańsku na dowolny temat. Z reguły bywa bardzo różnie. Ale przejdźmy do konkretów i przeanalizujmy czy faktycznie warto się do szkoły językowej zapisać.

1. Jest wiele tańszych metod nauki języków. Tak naprawdę szkoła językowa stanowi jedną z droższych możliwości jakie stoją przed osobą chcącą się nauczyć języka obcego. Przeciętnie musimy zapłacić około kilkuset złotych za semestr, w trakcie którego zajęcia będą się odbywać raz, lub dwa razy w tygodniu. Z reguły otrzymujemy gratis podręcznik w stylu XXI wieku, czyli gęsto zapełniony uśmiechniętymi twarzami młodych ludzi, niekoniecznie natomiast obfity w wyjaśnienia dotyczące gramatyki czy słownictwa. Te czarno-białe, które z reguły są obszerniejsze i ciekawsze pod względem materiału (czyli Wiedza Powszechna, Assimil, Teach Yourself i cała reszta) z reguły są 10 razy tańsze.

2. Zajęcia raz/dwa razy w tygodniu to bardzo mało. Ludzie często idą do szkół językowych z powodu braku czasu i twierdzą, że uczęszczając na zajęcia dwa razy w tygodniu nauczą się obcego języka. Tymczasem to niestety tak nie działa. Jeżeli ktoś nie przysiądzie i nie powtórzy materiału w domu, to niech nie liczy, że cokolwiek z lekcji wyciągnie. Z mojego własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że jeśli nie ćwiczy się codziennie danego języka przez jakieś pół godziny dziennie, to postępy są raczej niewielkie. A warto dodać, że 30 minut to zaledwie niezbędne minimum. Uczniowie szkół językowych często zaś wracają z zajęć i odkładają materiały do następnego tygodnia. Gdy ukończą szkołę (a jeśli płacą i przychodzą raz na tydzień to zapewne im się to uda), nie będą mieli wytworzonej rutyny spędzania czasu z językiem obcym i w efekcie zapomną go w zastraszającym tempie. Znam kilka osób, które ukończyły kurs języka angielskiego na poziomie B2 (w naprawdę renomowanej szkole), a następnie w ogóle przestały tego języka używać. Naturalną konsekwencją było w tym wypadku zapomnienie prawie wszystkiego, czego zdążyły się nauczyć wcześniej. Po co więc traciły czas i pieniądze?

3. Różni są nauczyciele, różne są też grupy. Zapewne każdy w swoim życiu natrafiał na nauczycieli lepszych i gorszych. Ci lepsi umieli dobrze wyjaśnić zawiłości gramatyki, zasiać w człowieku chęć doskonalenia języka, poznawania kultury. Ci gorsi natomiast powodowali, że zajęcia stawały się nudne i były udręką. O ile pomoc tych pierwszych często jest nieoceniona, tak drudzy spowodują, że bardzo szybko zaczniesz żałować wydanych pieniędzy. Podobnie ma się kwestia z osobami, które uczą się języka razem z tobą - mogą albo spowodować, że poczujesz do danego języka większą miłość, albo będą hamować twój rozwój (jeżeli nic nie robisz w domu). Niestety wybierając szkołę językową wybierasz trochę kota w worku - nigdy nie wiesz jakiego rodzaju będzie twój nauczyciel czy pozostali uczniowie.

4. Szkoła językowa to nie jest jedyne miejsce w jakim nauczysz się mówić. Jednym z najczęstszych haseł jakimi szkoły operują jest możliwość odbywania konwersacji. Tak się składa, że w dobie internetu znalezienie osób chętnych do rozmowy za darmo raczej nie jest problemem. Sam w tej kwestii nie jestem autorytetem, bo nigdy nie praktykowałem poszukiwań poprzez skype, ale znam osoby, które w taki sposób z powodzeniem wyszukiwały rozmówców i sobie to bardzo chwaliły.

5. Jeśli brakuje Ci motywacji by uczyć się samemu to, niestety, nie masz alternatywy.  I to jest rzeczywiście jedyna zaleta prywatnej szkoły językowej jaką zdołałem znaleźć. W szkole zawsze będziesz miał osobę, która stanie z batem i dopilnuje tego abyś rzeczywiście przychodził na zajęcia (ile z tych zajęć wyniesiesz to już jednak osobna kwestia). Warto jednak sobie najpierw zadać pytanie, czy nie mając motywacji do nauki w samym sobie można się w ogóle nauczyć języka obcego w stopniu większym niż umożliwiającym zakupy w sklepie i spytanie się o drogę. Bo moim zdaniem jest to naprawdę bardzo trudne.

Podsumowując, nie twierdzę, że wszystkie szkoły językowe są złe. Istnieje bowiem mnóstwo miejsc, w których można naprawdę przyzwoicie opanować język obcy. Chciałbym jednak zmusić każdego do pewnej refleksji nad tym, czy rzeczywiście opłaca mu się wydać kilkaset złotych na coś, co tak naprawdę może nie być tego warte. Może czasem warto znaleźć motywację w samym sobie i przemóc się by rozpocząć naukę na własną rękę, używając do tego oczywiście tak pomocnych narzędzi jak podręczniki, radio obcojęzyczne, użytkownicy danego języka, gazety i książki. Dla ludzi, którzy chcą się podejmować tego wyzwania jest zresztą ten blog.

Chciałbym jednak też wiedzieć coś o waszym zdaniu na temat szkół językowych. Czy się ze mną zgadzacie, czy też nie? Jakie macie doświadczenia? Co byście w tym miejscu dodali?
PS:Proszę tylko o to by nie zamieszczać natrętnych prymitywnych reklam "szkoły X" (najlepiej w ogóle obyć się bez nazw, zarówno jeśli chodzi o komentarze pozytywne jak i negatywne), bo na te jestem uczulony i naprawdę będę usuwał jeśli takowe się znajdą. Chodzi mi raczej o merytoryczną dyskusję na temat tego, jakich cech byście oczekiwali od dobrej szkoły językowej itp.

Podobne posty:
Jak (nie) uczyć się języków obcych - część 1 - angielski
Jak (nie) uczyć się języków obcych - część 2 - rosyjski
Jak (nie) uczyć się języków obcych - część 3 - niemiecki
Języki egzotyczne - jak, gdzie i czy warto?
Jak ja to robię, czyli podręcznik po podręczniku

poniedziałek, 17 października 2011

Język macedoński w praktyce

Po kilku tygodniach nieustannej podróży nareszcie udało mi się osiąść w jednym miejscu na dłużej, co umożliwia mi znacznie częstszą aktualizację bloga. Zgodnie z zasadą, iż należy kuć żelazo póki gorące, postanowiłem dziś kontynuować pisanie o języku macedońskim, który miałem okazję przez ostatni miesiąc używać codziennie. O ile ostatnio tematem moich rozważań był szeroko pojęty wstęp lingwistyczno-kulturowy, tak dziś zajmę się bardziej praktyczną stroną tego problemu. Mianowicie postaram się w możliwie zwięzły sposób przedstawić funkcjonowanie języka macedońskiego, opisać co mnie w nim zaskoczyło oraz w jakim stopniu byłem go w stanie używać po miesiącu niezbyt pilnej, dodajmy, nauki. Nie zabraknie też rozmaitych wniosków i wrażeń będących wynikiem tegorocznej podróży na Bałkany.

Jak już wspomniałem we wcześniejszym artykule język macedoński należy do południowej podgrupy języków słowiańskich, co stawia go pod względem pokrewieństwa względem języka polskiego w tym samym szeregu co bułgarski, serbski, chorwacki i słoweński. Z jednej strony jest w nim więc naprawdę sporo rzeczy bardzo znajomych - leksyka np. jest w przeważającej części zbieżna z pozostałymi językami słowiańskimi, szczególnie z serbskim oraz bułgarskim. Z drugiej jednak strony pojawiają się w macedońskim rzeczy, które mogą zadziwić Polaka, bo diametralnie różnią się one od tego, co znamy z naszego podwórka. Jeśli ktoś zna bułgarski to 90% rzeczy w pierwszej połowie artykułu będzie mu doskonale znana (choć i tak może się dowiedzieć czegoś ciekawego).

Widok na Veles, czyli miasto, które było naszą bazą dla wypadów w inne miejsca w Macedonii.
Co potrafi zaskoczyć w języku macedońskim?
Rzecz pierwsza to zaimki osobowe, które w dotychczas poznanych przeze mnie językach słowiańskich brzmiały bardzo swojsko i zasadniczo nie różniły się od polskich odpowiedników. W języku macedońskim czeka nas zaś niespodzianka. W miejsce "ja" mamy "јас" (jas - macedońskie wyrazy piszę oryginalnie podając kursywą ich łacińską transkrypcję), co może się kojarzyć ze staro-cerkiewno-słowiańskim "азъ", bułgarskim "аз" (az) czy, co ciekawe, ze słoweńskim "jaz". Zamiast "on/ona/ono/oni" mamy coś bardziej przypominającego zaimki wskazujące - "тој/таа/тоа/тие" (toj/taa/toa/tie - bardzo podobnie wygląda to w bułgarskim, gdzie mamy "той/тя/те"). Żeby było zabawniej zaimek w 3 osobie może się zmieniać w zależności od jego określenia w czasie i przestrzeni - "тој" może przechodzić w "овај/онај", a "таа" w "оваа/онаа". W miejsce "my/wy", które w każdym innym języku słowiańskim brzmi niemal identycznie mamy w bułgarskim i macedońskim "ние/вие" (nie/vie). Różnice w tak podstawowej kwestii jak zaimki osobowe są więc widoczne gołym okiem i stanowią pierwszą wyraźną granicę pomiędzy wschodnią częścią języków południowosłowiańskich (macedońskim i bułgarskim) oraz resztą Słowiańszczyzny.

Kolejną rzeczą, na którą warto zwrócić uwagę są rodzajniki. Przeważnie Polacy kojarzą samo pojęcie rodzajników z niemieckimi "der/die/das" zupełnie nie wyobrażając sobie, że podobne zjawisko może mieć miejsce w językach słowiańskich. I rzeczywiście, nie jest to coś szczególnie rozpowszechnionego w słowiańskim świecie. Rodzajników nie ma żaden z języków wschodnio- i zachodniosłowiańskich. Na południu jednak sytuacja jest inna - o ile serbski i chorwacki są ich pozbawione, o tyle w macedońskim i bułgarskim rodzajniki istnieją i mają się całkiem dobrze. Dla kogoś, kto pierwszy raz się z tym styka może to być pewnego rodzaju szok, tym bardziej, że różnią się one od tego co znamy z niemieckiego czy francuskiego. Rodzajnik macedoński występuje wyłącznie w formie określonej i jest postpozycyjny, tzn. znajduje się na końcu wyrazu, który określa. Mamy więc универзитетот, мајката, писмото (pogrubioną czcionką wyszczególniłem rodzajniki). W zależności jednak od stopnia określenia przedmiotu w czasie i przestrzeni (co jest już trochę wyższą szkołą opanowania tego języka) rodzajnik może mieć 3 formy (na przykładzie słowa "list" - писмово, писмото, писмоно - pismovo, pismoto, pismono). Tego nie ma w języku polskim ani rosyjskim, prawda?

Idźmy dalej, bo oto nadchodzi kolejna rzecz obca innym językom słowiańskim (znów z wyjątkiem bułgarskiego, który gramatycznie jest niemal identyczny z macedońskim), czyli brak przypadków. Pamiętam, że kiedyś trudno było mi wyobrazić sobie funkcjonowanie języka słowiańskiego bez przypadków. W macedońskim natomiast ich po prostu nie ma (wyjątkiem jest vocativ). Jedyną pozostałością po nich są krótkie formy zaimków osobowych spełniające podobną funkcję jak dopełnienie bliższe i dalsze w języku francuskim. Formy te muszą być stosowane, gdy mówimy o przedmiocie określonym, nawet jeśli pojawia on się wcześniej, więc zdania wyglądają często z naszego punktu widzenia dość dziwacznie. Weźmy taki przykład:
PL:Czy znasz Stojana? Nie znam go, ale znam Branka.
MKD: Дали го знаеш Стојан? Не го знам него, ама го знам Бранко.
MKD (transkrypcja): Dali go znaeš Stojan? Ne go znam nego, ama go znam Branko.
PL (dosłownie): Czy go znasz Stojan? Nie go znam niego, ale go znam Branko.
Nie muszę chyba mówić, że kalki z jednego języka na drugi, mimo dość sporego pokrewieństwa, są praktycznie niemożliwe.

Do tego wszystkiego dochodzi inny system czasowy, który w dużej mierze jest zbieżny z tym, co mogliśmy obserwować w XIX-wiecznym języku serbskim (swoją drogą leksyka macedońska również zawiera mnóstwo elementów, które w dzisiejszym serbskim są anachronizmami). Mamy więc kilka czasów przeszłych, które rzeczywiście są używane, co również jest nie lada wyzwaniem dla kogoś, kto do tej pory miał jedynie do czynienia z językami słowiańskimi o tak prostej budowie (przynajmniej pod tym względem) jak polski czy rosyjski. Osobiście muszę powiedzieć, że czasy były elementem, którego w języku macedońskim absolutnie nie opanowałem i błędnie używałem znanego mi z języka serbskiego czasu przeszłego złożonego (jas sum bil, ti si bil, toj e bil), który w macedońskim występuje głównie w narracji historycznej. Czasem starałem się stosować aoryst (jas bev, ti beše, toj beše, nie bevme, vie bevte, tie bea), ale w praktyce wychodziło to bardzo różnie.

W jakim stopniu ten język opanowałem?
W pewnym sensie jestem z moich dokonań zadowolony. Jeśli chodzi o kwestię czystego rozumienia języka nie mogę mieć żadnych zastrzeżeń - nie jest to może ten sam stopień, co w przypadku serbskiego, ale jeśli ktoś mówi trzymając się pewnego standardu (bo Macedonia jest trochę rozbita dialektalnie) i nie nadużywa wszechobecnych w tym języku turcyzmów, których znaczenie nierzadko trudno jest objaśnić, wtedy rozumiem prawie wszystko. Problem pojawia się jednak w przypadku aktywnego użycia języka macedońskiego. Jeśli bardzo chciałem, to byłem się w stanie porozumieć na praktycznie dowolny temat, ale niemal zawsze używałem czegoś, co na własne potrzeby nazwałem "serbsko-macedońskim miksem". Powodem tego była przede wszystkim niedostateczna znajomość macedońskiej leksyki i zasad gramatycznych, które tym językiem kierują. Jeśli mogłem to się bardzo starałem ograniczać do tego, co potrafię powiedzieć po macedońsku, ale gdy rozmowa wymagała ode mnie pewnego stopnia elokwencji siłą rzeczy musiałem się, częściej lub rzadziej, uciekać do serbskiego. Nieco przypominało mi  to sytuacje, jakie mnie spotykały na zachodniej Ukrainie, gdzie czasem musiałem przechodzić na rosyjski, bo prowadzenie rozmowy po ukraińsku byłoby męczące zarówno dla mnie, jak i mojego rozmówcy.

Tak czy siak nie żałuję czasu spędzonego nad macedońskim, bo uważam, że naprawdę warto się nauczyć tego języka, chociażby po to, by móc bezpośrednio obcować z jednymi z najżyczliwszych ludzi  na świecie. I może ktoś mnie skrytykuje, lub nie, ale cały czas nie opuszcza mnie wrażenie, że język macedoński to w ogromnej części mieszanka serbskiej leksyki i bułgarskiej gramatyki, która, przy odrobinie szczęścia mogłaby z powodzeniem odgrywać rolę lingua franca na Bałkanach (a przynajmniej w ich słowiańskiej części). Ale czegóż innego oczekiwać od języka, który szczyci się tym, że jest bezpośrednim spadkobiercą sołuńskich dialektów, na których podstawie Cyryl i Metody stworzyli najstarszy znany słowiański język literacki?

Podobne posty:
Macedoński - wstęp i z czego się uczyłem przez ostatni miesiąc
W jakim języku się mówi w byłej Jugosławii?
Jakiego języka warto się uczyć?
5 rzeczy, jakich nauczyła mnie nauka czeskiego
Dlaczego serbski? Dlaczego chorwacki?