piątek, 20 maja 2011

Dwie ważne wiadomości dla istnienia tego bloga

Vote the Top 100 Language Learning Blogs 2011Widzę, że do niektórych dotarła wiadomość o tym, że "Świat języków obcych" został nominowany w konkursie "The Top 100 Language Lovers" organizowanym przez portal lexiophiles.com. 50% ogólnej oceny bloga to głosy oddawane na niego przez internautów. Jeśli więc czujecie, że wiadomości tutaj zawarte kiedykolwiek wam w czymś pomogły, stały się do czegoś inspiracją itp., możecie zagłosować na niego pod adresem - http://www.lexiophiles.com/language-lovers-toplist/time-to-vote-top-100-language-lovers-2011
A jeśli sądzicie, że nic z tego bloga nie wyciągnęliście, to przynajmniej przejrzyjcie inne na tej liście - niektóre są na pewno godne uwagi. Na zwycięstwo naturalnie nie liczę, biorąc pod uwagę dominację anglojęzycznych stron w internecie, aczkolwiek ucieszy mnie każdy głos.

Teraz druga, niemniej ważna wiadomość (w zasadzie dla mnie osobiście jest ona ważniejsza).  W dniach 20-26 maja w kinie Muza w Poznaniu o godzinie 19 będą puszczczane filmy w ramach Tygodnia Kina Serbskiego. Na blogu piszę o tym m.in. dlatego, że sam wchodziłem w skład grupy tłumaczy zajmującej się przekładem wyświetlanych filmów serbskich na język polski - tym bardziej więc chciałbym serdecznie zaprosić wszystkie zainteresowane osoby. Osobiście mogę tylko dodać, że kino serbskie jest naprawdę dobre. Ludzie przeważnie kojarzą bałkańską kinematografię z Kušturicą, ale większość filmów pochodzących z byłej Jugosławii jakie miałem okazję obejrzeć naprawdę nie odbiegały poziomem od dzieł tego znanego reżysera. Moim zdaniem warto się temu przyjrzeć bliżej.
Więcej informacji na temat festiwalu znajdziecie na stronie Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Tutaj natomiast znajduje się program festiwalu. 

Jeśli ktoś zagłosuje na bloga - będę zadowolony. Jeśli ktoś obejrzy choć jeden film na festiwalu - będę zadowolony. Jeśli ktoś zrobi jedno i drugie - będę bardzo zadowolony.  

sobota, 14 maja 2011

Najłatwiejszy język świata

Czy pamięta ktoś jeszcze dyskusję jaką wywołał artykuł o najtrudniejszym języku świata? Pamiętając o tym, szczerze mówiąc, wahałem się  czy w ogóle jest sens poruszać ten temat, bo i tu może być sporo kontrowersji. Ale przecież obiecałem, a wiele osób wręcz pisało, że nie może się doczekać. Postanowiłem więc spełnić oczekiwania i przedstawić moją opinię na ten temat. 
"Najłatwiejszy język świata" to, podobnie jak "najtrudniejszy język świata", temat-rzeka, w którym na dodatek lubi się wypowiedzieć każdy - od osób względnie znających się na językach po ludzi, którzy nie umieją żadnego. I każdy się tym interesuje, bo, jak to pisałem wcześniej, wiedza na temat tego co jest naj- potrafi uprościć postrzeganie świata. Czy tą wiedzę można osiągnąć to już inna sprawa. Ale szkoda czasu tracić na wstęp - przejdźmy do sedna sprawy.

Jeśli ktoś posiada dowody naukowe na to, że jakiś język jest najłatwiejszy na świecie to niech je przedstawi tu i teraz. Nikt takowych nie ma i raczej nie będzie miał. Piszę to dlatego, by już na starcie stwierdzić, że niemożliwym jest spojrzenie na sprawę obiektywnie. Żeby jednak nie było nudno postaram się to ocenić z perspektywy użytkownika języka polskiego.

Jakie języki Polacy uważają za najłatwiejsze?
Szczerze mówiąc zawsze w zdumienie wprawiają mnie wypowiedzi Polaków twierdzących, że najłatwiejsze języki to angielski, hiszpański i włoski. Żeby było zabawnie - z reguły osoby, które te języki rzeczywiście znają biegle, są innego zdania. Jak to więc jest tak naprawdę? Każda osoba przyzna, że podstawy angielskiego do najtrudniejszych nie należą. W zasadzie nie jest potrzebna żadna wiedza o gramatyce - nie ma przypadków, czasowniki się prawie nie odmieniają. Wyrazy natomiast łatwo zostają w głowie ze względu na swoją popularność w dzisiejszej kulturze masowej. Przyznam - podstawy są proste. Problem jednak w tym, że często mamy tendencję do oceniania produktu po okładce, a podstawy są w tym wypadku właśnie tą okładką. Im głębiej poznajemy język, tym jest on trudniejszy. Kto z osób, które twierdzą, że angielski jest najprostszym językiem potrafi stosować wszystkie konstrukcje gramatyczne i używa ich niemal bezbłędnie? Pytam, bo z doświadczenia wiem, że spory procent uczniów angielskiego ogranicza swoją komunikację do 3-4 czasów, ponieważ pozostałe są dla nich czarną magią. Czasem nawet tak teoretycznie proste i podstawowe rzeczy jak rodzajniki "a/an/the" potrafią sprawić problem osobom, które uważają, że język angielski jest prosty. A jest jeszcze mnóstwo innych rzeczy, z których ludzie często sobie nawet nie zdają sprawy i lubią mówić, że znają język. Podobnie ma się zresztą sprawa z włoskim i hiszpańskim - mam wrażenie, że odsetek osób faktycznie mówiących tymi językami jest bardzo niewielki w porównaniu do tych, które zaczynają się go uczyć. Opinia osób władających językiem hiszpańskim bardzo dobrze była zawsze taka sama - to nie jest wcale tak prosty język jak się na początku wydaje.
Jeśli ktoś chciałby spróbować czegoś prostszego, ale podobnego to polecam esperanto. Sam nie jestem entuzjastą języków sztucznych, bo uważam je za "pozbawione duszy" (cokolwiek to może oznaczać), ale jeśli kogoś interesuje nauka czegoś co stworzono jako najprostszy język świata to zachęcam. Może się wam spodoba.

Tak rozprawiliśmy się ze stereotypami, więc jeszcze pozostała odpowiedź na pytanie jaki jest najłatwiejszy język. Uważam, że należy je rozpatrzeć przynajmniej na dwa sposoby. Po pierwsze: ze względu na pokrewieństwo językowe. Po drugie: ze względu na chęć i możliwości nauki.

Nie odkryję Ameryki jeśli powiem, że najbliższe językowi polskiemu są inne języki słowiańskie. Podobieństwa są wszędzie. Od słownictwa po gramatykę - wszystko jest niemal identyczne (wyjątek stanowi tu język bułgarski, który, jak już wspominałem jest dość nietypowym przedstawicielem Słowiańszczyzny). W zasadzie w językach słowiańskich nie ma rzeczy, które radykalnie różniłyby się od polskiego i mogły sprawiać szczególną trudność. I nie piszę tego po to, by powiedzieć wszystkim, że rosyjskiego bądź serbskiego można się nauczyć w tydzień - dochodzenie do stanu idealnego i tak trwa latami. Opanowanie każdego języka obcego na poziomie bliskim rodzimego użytkownika jest niezmiernie trudne. Rozpoczynając jednak wyprawę w świat słowiański mamy na starcie ogromny bagaż słów i zasad gramatycznych, którego nie da się porównać z czymkolwiek innym. Wszystkie te rzeczy, których w języku rosyjskim się boją ludzie z Europy zachodniej takie jak przypadki są dla nas czymś oczywistym. Coś z czym Niemiec będzie walczył przez całe życie Polak jest w stanie opanować w ciągu kilku dni (wyłączając sytuacje, w których stosuje się inny przypadek, ale tych jest względnie niewiele). Dodatkowo od samego początku posiadamy pewien automatyzm wypowiedzi, którego nabycie w innych językach zabiera trochę czasu.

Dlaczego np. Holendrzy czy Szwedzi tak dobrze umieją angielski? Bo są bardziej pracowici od nas? Nie sądzę. Bo mają filmy puszczane z napisami zamiast dubbingu? Słoweńcy też mają, a po angielsku nie mówią. Poza tym w erze internetu i ogólnodostępnych odtwarzaczy DVD oglądanie filmów z napisami jest rzeczą na jaką niemal każdy może sobie pozwolić, a jednak największy odsetek osób mówiących po angielsku jest w krajach, gdzie urzędowymi są języki germańskie. Przypadek? No właśnie nie. Podobieństwo języków odgrywa ogromną rolę, jeśli chodzi o możliwości ich opanowania.

Jaki język słowiański jest natomiast najprostszy? Nie wiem. Wydaje mi się, że rosyjski i ukraiński, ale już mi niegdyś zarzucano, że demonizuję trudność języka czeskiego, więc nie chcę być o to oskarżany kolejny raz.  Dla mnie czeski wydał się dość trudny i  bardzo nieregularny gdy go porównałem do dwóch języków wschodniosłowiańskich. Każdy jednak może mieć inne wrażenia. Języki południowosłowiańskie są natomiast trochę trudniejsze. Serbski posiada kilka cech, które może nie są szczególnie irytujące, ale nie ma ich w języku polskim. Niektóre rzeczy jak np. aspekt czasownika są postrzegane zupełnie inaczej, co zmniejsza dawkę "automatyzmu" jaką mamy w przypadku rosyjskiego i ukraińskiego. Do tego wypada znać kilka czasów, których w polskim nie ma. Bułgarski zaś to w ogóle inna bajka.

Często zdarza mi się też spotkać z opinią, że najłatwiejszy jest ten język jakiego się chcemy nauczyć. Jest w tym sporo prawdy - motywacja to bardzo często kluczowy czynnik, pozwalający przetrwać nawet największe fazy plateau. Nie jest jednak lekiem na wszystko. Zapaleniec uczący się xhosa może mieć większe problemy niż osoba, którą zmusza się do nauki słowackiego. Podobnie ma się kwestia ze źródłami - co z tego, że nagle zupełnie szczerze postanowię, że nauczę się dolnoniemieckiego (Plattdeutsch - trochę pisałem o tym już wcześniej) jeśli język ten nie jest skodyfikowany, brakuje gazet, literatury, czy wreszcie, co najważniejsze, ludzi, z którymi mógłbym porozmawiać. Choć nie przeczę - motywacja odgrywa bardzo istotną rolę jeśli chodzi o stopień trudności języka i potrafi zarówno ułatwić naukę czegoś trudnego, jak i, gdy jej brak, obrzydzić naukę czegoś łatwiejszego.

I tak oto wyszedł jeden z dłuższych postów jakie kiedykolwiek się pojawiły na tym blogu. Oczywiście możecie się zgodzić lub nie - każdy komentarz na poziomie i jakieś nowe wątki w dyskusji zawsze będą mile widziane. Zachęcam też do ciągłej, codziennej pracy - bez tego żadna motywacja, podobieństwo leksykalno-gramatyczne i różne tego rodzaju rzeczy na nic się nie zdadzą. Pozdrawiam wszystkich i sukcesów życzę!

Podobne posty:
Najtrudniejszy język świata
Ile obcości jest w języku obcym?
5 rzeczy jakich nauczyła mnie nauka czeskiego
Jak się nauczyć cyrylicy w 2 dni?
Jakiego języka warto się uczyć?

niedziela, 1 maja 2011

Dlaczego serbski? Dlaczego chorwacki?

Rozważania na temat najłatwiejszego języka świata odłożyłem na następny tydzień. Dziś zajmiemy się innym tematem, który z jednej strony będzie mniej kontrowersyjny, z drugiej zaś może być znacznie ciekawszy i bardziej treściwy. I to nie tylko dla osób, które są zainteresowane językami słowiańskimi, jako iż morał będzie zadziwiająco uniwersalny.
Ziggy_s w swoim komentarzu poprosił o artykuł opowiadający o tym dlaczego wybrałem, tudzież dlaczego warto wybrać serbski. Moim zdaniem trudno o tym mówić w kompletnym oderwaniu od pozostałych języków byłej Jugosławii, więc wrzucę do jednego worka pozostałe twory jakie "narodziły się" w ciągu ostatnich 20 lat w zachodniej części Półwyspu Bałkańskiego.

Zanim przystąpimy do dyskusji na temat tego, dlaczego warto wybrać język serbski, warto rzucić okiem na artykuł, który napisałem już kilka miesięcy temu - "W jakim języku się mówi w byłej Jugosławii?". Był to jeden z pierwszych wpisów jakie w ogóle zamieściłem na blogu, w którym postarałem się maksymalnie uprościć sytuację językową w tamtym regionie i przedstawić ją w możliwie zrozumiały sposób. Sądząc po Waszych opiniach był to jeden z najlepszych artykułów, jakie kiedykolwiek się tu pojawiły. Dlatego jeśli ktoś nie orientuje się w tym, jakie są różnice pomiędzy serbskim a chorwackim proponuję przeczytanie wspomnianego wyżej wpisu.

Przejdźmy jednak do rzeczy. Serbski na pewno nie jest językiem popularnym, takim jak angielski, francuski, czy niemiecki. Rzadko zdarza się napotkać szkołę, w której oferują jego lekcje. Ludzie dowiadujący się, że uczę się serbskiego nierzadko proszą, żebym cokolwiek w nim coś powiedział, co chyba jest najlepszą miarą, jaka określa jakie języki społeczeństwo uznaje za dziwne, a jakie nie. Nie zgodziłbym się jednak z tym, iż jest to język wybitnie niszowy, jeśli weźmiemy pod uwagę, że na wielu szanujących się uniwersytetach można studiować filologię serbsko-chorwacką, a spotkanie Serbów bądź Chorwatów w internecie jest rzeczą dość prostą (nawet jeśli weźmiemy pod uwagę tylko portale anglojęzyczne). Dlaczego więc zacząłem się uczyć serbskiego?

Lata 90. były bardzo ciekawym okresem. Mapa Europy środkowo-wschodniej zmieniała się z roku na rok - tu i ówdzie wybuchały rozmaite konflikty związane z upadkiem komunizmu. Najbardziej krwawym z nich była wojna w byłej Jugosławii. Jako że od dziecka interesowałem się historią i szeroko pojętymi stosunkami międzynarodowymi, będąc już na studiach postanowiłem się tej wojnie przyjrzeć bliżej. Temat zainteresował mnie do tego stopnia, że postanowiłem drążyć go jeszcze bardziej, aż w pewnym momencie stał się moją prawdziwą pasją. Gdy miałem wybrać to, o czym napiszę pracę magisterską, nie miałem wątpliwości. Raczej niemożliwe byłoby napisanie pracy pt. "Serbski separatyzm w Bośni i Hercegowinie" używając jedynie polskich źródeł. Źródła angielskojęzyczne potrafiły dać trochę więcej, ale to wciąż nie było to. Nadal bowiem nie mogłem dotrzeć do właściwej istoty rzeczy. Dopiero znajomość serbskiego pozwalała mi bez problemu dotrzeć do źródeł jakie dla innych byłyby niezrozumiałe.  Jeśli ktoś chce być specjalistą od jakiegoś regionu to powinien się nauczyć języka jaki w owym regionie jest używany. W przeciwnym wypadku zawsze znajdą się rzeczy, które będą dla tej osoby nieosiągalne, które będzie mogła jedynie oglądać z boku, ale nigdy nie będzie z nimi obcować na równych zasadach. To samo zresztą, w pewnym ograniczonym stopniu, stosuje się do wszelkich innych osób mających do czynienia z danym regionem, czy to w charakterze turysty czy biznesmena.

Kolejnym powodem, dla którego zacząłem się go uczyć są kwestie czysto lingwistyczne. Znając język zachodniosłowiański (polski) i wschodniosłowiański (rosyjski) czułem się w pewien sposób niekompletny nie mając żadnego pojęcia o południowej gałęzi. Obecnie stwierdzam, że, pod względem językowym, bułgarski byłby znacznie ciekawszym wyjściem ze względu na swoją gramatyczną "niesłowiańskość" jednak na pewno nie mam powodów do narzekań. Kombinacja jednego języka zachodniego, wschodniego i południowego daje w świecie słowiańskim ogromne możliwości. Tym bardziej, że znając serbski niemal automatycznie znamy chorwacki, bośniacki i czarnogórski (wszystko zależy od tego, z którym mamy najwięcej do czynienia i czy chcemy zapamiętywać kilka odpowiedników jednego słowa - szerzej w artykule o językach byłej Jugosławii).

Trzeci powód, dla jakiego mógłbym myśleć o nauce serbskiego to ewentualne możliwości zdobycia pracy, jako że niewielu ludzi go zna. Jednak w tym miejscu warto zaznaczyć, że zawsze byłem realistą i raczej traktuję ten język jako nietypowy dodatek do CV, niż jako mój główny atut. Zresztą o tym, co sądzę o nauce języka w celach finansowych pisałem już wcześniej w artykule "Jakiego języka warto się uczyć" - moim zdaniem wybór języka na zasadzie "tego, który się najbardziej opłaca" jest trochę pozbawiony sensu, bo z reguły się go nie nauczymy jeśli nie lubimy przebywać w jego towarzystwie. Inna sprawa, że trudno mi znaleźć język, którego szczególnie nie lubię.


Dlaczego zaś serbski, a nie chorwacki? Tu nie ma logicznej odpowiedzi. Zadecydował czysty przypadek i to, że zawsze wolałem piłkarzy jugosłowiańskich niż chorwackich. Gdybym uczył się chorwackiego wyszłoby prawie na to samo, tylko mniej byłoby cyrylicy i konstrukcji gramatycznych typowych dla języków bałkańskich.


A jaki w tym wszystkim morał? Taki, żeby uczyć się języka jaki Cię pasjonuje, jaki może się stać medium, dzięki któremu poznajesz inne ciekawe rzeczy, innych ludzi. Wymarzony język to taki, który od pierwszego dnia do końca życia będzie dawał satysfakcję. I takiego właśnie wyboru wszystkim życzę.

Podobne posty:
W jakim języku się mówi w byłej Jugosławii?
Jakiego języka warto się uczyć?
Jak nauczyć się cyrylicy w 2 dni?
Przewodnik po różnych rodzajach cyrylicy - języki słowiańskie
Moja lista 20 języków - część 1

środa, 20 kwietnia 2011

Kilka słów o prowadzeniu bloga językowego

Bloga założyłem w lipcu 2010 roku i jak do tej pory jego pisaniem było całkiem miłym zajęciem. Po 9 miesiącach odwiedza go codziennie prawie 150 osób, którym widocznie w jakiś sposób podoba się to co piszę, uznają go za ciekawy bądź pouczający. Cóż, można się tylko cieszyć. Wszystko jednak ma swoje minusy.

Jeśli ktoś czyta "Świat Języków Obcych" od samego początku to wie, że zawsze byłem przeciwnikiem kasowania komentarzy, czy jakiejkolwiek cenzury. Pozwalałem na wolną, niczym nieskrępowaną dyskusję, wierząc w mądrość i zdrowy rozsądek czytelników. Jak do tej pory zaledwie dwa razy interweniowałem - pierwszy raz w przypadku gdy jedna z osób została obrażona bez żadnego związku z dyskusją, a drugi raz, gdy kilku czytelników zaczęło się kłócić na temat tego jakie kobiety są najładniejsze (co oczywiście z tematem miało niewiele wspólnego) i oczywiście również nawzajem się obrażając.

To co jednak zdarzyło się dzisiaj przerosło wszystko. Mój post pod tytułem "Najtrudniejszy język świata" miał na celu zmuszenie czytelnika do refleksji na temat tego czy można w ogóle mówić o tym, czy można obiektywnie uszeregować języki jako uniwersalnie najtrudniejsze. Biorąc pod uwagę, że istnieje około 6000 języków, których trudność jest bardzo względna (bo to co jest proste dla Polaka, jest bardzo trudne dla Araba) uznałem to za rzecz niemożliwą.  Kilka osób (m.in. Mahu i Piotr) podzieliło mój pogląd, a kilka się nie zgodziło (Ev i Piotrek). Takie sytuacje zdarzały się już wcześniej, więc i tym razem, przynajmniej teoretycznie, zbytnio nie martwiłem się o rozwój sytuacji. W efekcie dwie osoby, które bardzo szanuję  - Mahu, który napisał wcześniej artykuł o języku arabskim oraz Piotrek, prowadzący jeden z najlepszych blogów językowych "Przestrzeń językowa"- pokłóciły się do tego stopnia, że zaczęły się obrzucać złośliwościami, a jedna z nich stwierdziła, że przestaje komentować na blogu. Gdy tą kłótnię zobaczyłem, byłem zmuszony tymczasowo zablokować komentarze (zostaną odblokowane wraz z opublikowaniem tego artykułu po to, by każdy mógł sobie wyrobić własne zdanie), po to, by dać wszystkim trochę wytchnienia, aby nie pisali następnych, które nie zmieniłyby nic, a jedynie dodałyby oliwy do ognia.

Przykro mi głównie z tego powodu, że to ja, jako autor bloga, który na dodatek firmuje go swoim imieniem i nazwiskiem obrywam w takich sytuacjach najbardziej. Wybaczcie, ale jak widzę anonimowe komentarze oskarżające mnie o chamstwo, terror, przewrażliwienie, podawanie 1000 bezsensownych argumentów i prowadzenie bloga, na którym nie można mieć własnego zdania to naprawdę nie mam zielonego pojęcia co temu komuś odpowiedzieć. Że jak mu się nie podoba to niech nie czyta? Że widocznie nie da się każdego uszczęśliwić? Szczerze mówiąc to by było w tym miejscu chyba najtrafniejsze, bo jakakolwiek argumentacja, że już wielokrotnie komuś przyznawałem rację i potrafiłem się przyznać do błędu jest tu skazana na niepowodzenie. Ja osobiście w moich komentarzach nie widziałem choćby cienia złośliwości. Jedynie broniłem swojego zdania - jeśli nikt nie potrafił podać, moim zdaniem, trafnych kontrargumentów, to z jakiego powodu miałem odpuszczać? Bo jeśli chodzi o istotę tej dyskusji to swojego zdania NIE ZMIENIŁEM.
Gdy z kolei widziałem komentarze, które popierały mój punkt widzenia, to z jednej strony byłem wdzięczny za wsparcie, ale z drugiej przerażało mnie doszukiwanie się w pewnej anonimowej wypowiedzi rzekomego spisku Piotrka, który akurat jest ostatnią osobą jaką bym podejrzewał o pisanie anonimów na blogu. Litości. Czy to, że ktoś ma inne poglądy od razu oznacza, że jest zły i tylko czeka aby się zemścić?

Dlatego proszę wszystkich o trochę umiaru, jeśli nie ze względu na swoich przeciwników w dyskusji, których należy szanować, to przynajmniej ze względu na mnie. Ja w każdym razie przepraszam każdą osobę jaka poczuła się urażona ostatnią kłótnią i jednocześnie dziękuję za każdą dawkę merytorycznej wiedzy jaka moim zdaniem w komentarzach również się znalazła.
Tak więc, wrzućmy trochę na luz i do następnego wpisu!

piątek, 1 kwietnia 2011

Faza plateau - co to jest i jak przez to przejść?

Mówiąc zupełnie szczerze mocno zastanawiałem się nad napisanie tego artykułu. Jest to temat dość kontrowersyjny i nawet nie do końca czuję się w nim specjalistą. Biorąc jednak pod uwagę, że każda osoba ucząca się języków obcych prędzej czy później przez fazę plateau przechodzi, myślę, że warto o tym napisać. Niektórzy zapewne coś z tego wyniosą. Nie ukrywam też, że, jak zwykle, liczę na treściwe komentarze. Ale do rzeczy.

Czym jest plateau?
Na wstępie chciałbym wytłumaczyć, że nie znam naukowej definicji tego zjawiska i nie sądzę by była ona potrzebna do uporania się z nim. Żeby wytłumaczyć jednak istotę plateau (jeśli istnieje polska nazwa tego zjawiska i ktoś ją zna, to byłbym wdzięczny za jej podanie) posłużę się ogólnym schematem nauki języka obcego.

W nauce języka obcego niewiele rzeczy jest tak samo motywujących jak początki. Powiedzmy, że biorę mój podręcznik do abchaskiego (dla zainteresowanych polecam linki na końcu artykułu o językach "egzotycznych"). Nie mam zielonego pojęcia jak ten język brzmi, czy wygląda. Jedyny wyraz jaki w nim kojarzę to słowo "Аҧсны" oznaczające Abchazję, którego nawet poprawnie nie przeczytam, bo nie znam się na abchaskiej cyrylicy ani na fonologii tego języka. Więc otwieram podręcznik i nagle wszystko staje się dla mnie jasne. "Dzień dobry" to po abchasku "Мшыбзиa", dowiaduję się, że w języku tym nie ma rodzajów gramatycznych, a jedynie klasy rzeczowników ożywionych (odnoszących się wyłącznie do ludzi) i nieożywionych. Nagle dowiaduję się, że "ja" to po abchasku "сара", a iść to "ацара". Po 5 minutach dowiaduję się jak odmieniać czasownik w czasie teraźniejszym (co jest zbyt skomplikowane jak na tego rodzaju artykuł) przez trzy osoby liczby pojedynczej. Umiem więc powiedzieć Сара сцоит. - Ja idę. / Бара бцоит. - Ty idziesz. Nie ma to być artykuł o języku abchaskim, więc pominę tu resztę - chciałem jedynie pokazać jak w ciągu 15 minut wzrosła moja znajomość tego języka. Od kompletnego zera do znajomości około 20 wyrazów i pewnych podstawowych wiadomości gramatycznych, których, co najważniejsze, zapewne nie zapomnę, bo są tak podstawowe, że spotkam je tysiące razy. Nic nie motywuje człowieka tak jak sukces, więc aktualnie najchętniej rzuciłbym pisanie tego artykułu i przysiadł nad abchaskim dłużej.

Ale nie zawsze tak będzie, że w ciągu 15 minut moja znajomość języka wzrośnie 10-krotnie. Takie momenty zapewne skończyłyby się po tygodniu, aż wreszcie wraz z ukończeniem podręcznika przyszedłby moment zwątpienia, w którym już nie bardzo wiedziałbym co mam robić. Każde nowe słowo jakie bym napotykał stawałoby się kroplą w morzu tego co wiem (mimo, że określenie "kałuża" byłoby w tym wypadku chyba bardziej odpowiednie), nie mówiąc o tym jak dużo rzeczy pozostało dla mnie kompletnie nieznanych. W skrócie: uczyłbym się, ale kompletnie nie widziałbym efektów swojej pracy. Co gorsza, stan ten utrzymywałby się przez dłuższy czas. I to właśnie nazywamy fazą plateau.

Czym DLA MNIE jest faza plateau?
Swoje stanowisko na ten temat poniekąd opisałem już wcześniej w artykule pt. "Jakiego języka warto się uczyć?". Dla mnie bowiem plateau to nic innego jak sprawdzenie faktycznego sensu nauki danego języka, tego czy rzeczywiście ten język lubimy (bądź czy lubimy rzeczy, do których jest on przepustką) i jesteśmy w stanie z nim spędzać czas na dobre i na złe. Dlatego wątpię w możliwość nauczenia się języka obcego przez osobę, która nie jest nim w żaden sposób zainteresowana. Przejście przez plateau w wypadku takiego kogoś graniczyłaby z masochizmem.

Cóż więc począć?
Przede wszystkim należy zauważyć, że zjawisko to przytrafia się 90% osób uczących się języka obcego, niezależnie od poziomu ich zaawansowania. To, że plateau się komuś przytrafi nie znaczy, że brak mu umiejętności, talentu, czy że jego metody nauki są kompletnie bezproduktywne. Normalną koleją rzeczy jest, że łatwiej zauważamy wzrost z 0 do 1000 niż z 5000 do 6000. Jeśli ktoś poświęca wystarczająco dużo czasu to w fazie plateau się rozwija równie szybko jak wcześniej (lub, paradoksalnie, nawet szybciej) ale trudniej jest mu to zauważyć. Ważne jest więc przede wszystkim utrzymanie stałego czasu nauki (ok. godziny dziennie przynajmniej) i codzienny kontakt z językiem. W zasadzie wskazane jest nawet przeznaczanie na naukę większej ilości czasu niż wcześniej. Wiem, że dla niektórych może to być trudne, ale naprawdę warto.

Druga kwestia to nauka w oparciu o materiały przeznaczone dla rodzimych użytkowników danego języka, których język nie będzie specjalnie przygotowany pod osobę uczącą się. Często ludzie po prostu boją się zderzenia z czymś takim, uważając, że to za trudne, że nic nie zrozumieją itp. Tymczasem bazując na samych podręcznikach nikt się języka na razie nie nauczył. Ja sam naprawdę bardzo lubię niektóre serie podręczników. Uważam, że nie ma lepszej rzeczy niż gruntowne opanowanie podstaw właśnie na podstawie dobrych materiałów dydaktycznych. Ale nie oszukujmy się - dalej niż w okolice B1/B2 (i to głównie w przypadku łatwiejszych języków i dobrych podręczników) to nas nie zaprowadzi. Jeśli więc ktoś właśnie opanował podstawy gramatyki i podstawowe słownictwo to im prędzej przerzuci się na czytanie gazet i książek, oglądanie filmów bez napisów oraz rozmowy z użytkownikami języka, tym dla niego lepiej. W innym wypadku przejście na wyższy poziom jest po prostu niemożliwe.

Trzeci punkt dotyczy samych metod jakich się używa. Nierzadko bowiem okazuje się pomocny pewien powiew świeżości. Przez ostatnie kilka miesięcy przestałem chociażby używać Anki, bo odniosłem wrażenie, że popadłem w pewnego rodzaju rutynę, która mnie najzwyczajniej irytowała i nie dawała tej samej przyjemności co kiedyś. Zacząłem się bawić trochę z shadowingiem, tłumaczeniem tekstów i filmów, nagrywaniem samego siebie mówiącego w obcych językach (przez co doszedłem do interesujących wniosków, o których napiszę następnym razem) i wszystko na nowo nabrało kolorytu. Przede wszystkim jednak warto wypróbować samego siebie w rozmowie z ludźmi władającymi tym językiem na co dzień.

I ostatnia rada. Dla niektórych może się ona wydać śmieszna i bezproduktywna, bo w zasadzie jako tako języka nie jest w stanie nauczyć. Ale na pewno pomoże utrzymać motywację na wysokim poziomie. Chodzi mianowicie o spisywanie nowych rzeczy jakich się nauczyliśmy każdego dnia oraz o skrupulatne zliczanie czasu jaki spędzamy z językiem obcym. Po pierwsze zauważymy, że nadal uczymy się nowych rzeczy i że wcale nie ma ich tak mało. Tutaj akurat całkiem pomocne okazuje się Anki - stale powiększająca się liczba kart w talii pokazuje, że stale się rozwijamy. Po drugie natomiast łatwiej będzie pilnować tego, żeby nie robić sobie przerw w nauce.

Tak więc życzę wszystkim gładkiego przechodzenia przez fazy plateau i sukcesów w nauce. Wszelkie osoby, które mają natomiast doświadczenie w jej przechodzeniu zachęcam do komentowania, bo nie ma nic ciekawszego niż treściwa dyskusja.

Podobne posty:
Jakiego języka warto się uczyć?
Co przyjdzie z słuchania radia przez godzinę dziennie?
Rewelacyjny program do nauki słówek - Anki
Przewodnik po Anki
Języki egzotyczne - jak, gdzie i czy warto?

środa, 16 marca 2011

Język arabski - MSA, dialekty, od czego zacząć i jak się uczyć - autor: Mahu

Jedną z ważnych umiejętności jaką powinien posiadać każdy człowiek jest umiejętność korzystania z porad osób, które w pewnych dziedzinach mają wiedzę większą od nas samych. W ciągu kilku miesięcy prowadzenia "Świata Języków Obcych" pojawiło się tu wiele komentarzy równie ciekawych i treściwych jak artykuły napisane przeze mnie. Jeden z takich wpisów pojawił się w temacie o języku  ukraińskim, a dotyczy nauki arabskiego.  W związku z tym, iż moje doświadczenie związane z językami semickimi jest bliskie zeru, bo nie wykracza zbytnio poza naukę pisma arabskiego i hebrajskiego, oraz podstawowych wiadomości o samej historii poprosiłem autora komentarza (Mahu) o zgodę na opublikowanie go w formie osobnego artykułu. Mam nadzieję, że przyda się osobom chcącym nauczyć się arabskiego i że sam Mahu będzie w stanie udzielić odpowiedzi na ewentualne pytania dotyczące tego języka. Oddaję więc głos koledze.

Przystępując do nauki arabskiego musisz sama się określić co od niego chcesz. Jeśli mają to być wyjazdy turystyczne, chęć pogadania ze sprzedwcami, obsługą hotelową, czy tym podobne to nie opłaca się, najlepiej wtedy wziąć jakieś rozmówki i już.
Jeśli chcesz uczyć się żeby czytać prasę, oglądać polityczne rozmowy w TV, czy np. strony internetowe będzie ci potrzebny MSA czyli standardowy arabski oparty na klasycznym języku (choć różni sie on od koranicznego dość znacznie wskutek czego do czytania Koranu znów musisz uczyć się troszkę innego arabskiego ale to nieważne).
Jesli chcesz i czytać i dogadywać się na ulicy, rozumieć potoczną mowę i być w pełni komunikatywna w kraju arabskim, musisz opanować dodatkowo dialekt używany w danym kraju.
Choć oczywiście wykształceni Arabowie (takich spotkasz bardzo mało, generalnie rozumienie MSA jest bardzo wysokie w Katarze czy ZEA, Libanie i troszkę w Kuwejcie, ale im kraj biedniejszy i większa ciemnota to tym bardziej MSA jest bezużyteczne) rozumieją MSA, to jednak potocznie go nie używają.
I tak masz do wyboru:

- Shami zwany dialektem lewantyńskim lub dialektem wschodnim , jest używany w Jordanii, Libanie, Palestynie, Syrii.
Dochodzi tu jeszcze podział na damasceński, bejrucki, palestyński, i tzw. Ashraf czyli dialekt chrzescijańskich maronitów - wlaściwie ciężko się go nauczyć z jednego względu. Jest strasznie rozbity wewnętrznie i jakakolwiek próba znalezienia dialektu, ktory wszędzie dawałby Ci swobodę rozumienia jest bezcelowa - najszerzej rozumiany jest dialekt jordański.
Z kolei najwięcej materiałów jest do syryjskiego ale ten np. jest bardzo znowu niepopularny i w Libanie i Palestynie. Także tu sie trzeba zdecydować co i jak.
Dużo w dialekcie syryjskim spiewa Hajfa Wehbe - nawet na youtube można poszukać.

Khaliji - dialekt uzywany w Kuwejcie, Bahrajnie, Katarze , wschodnim wybrzeżu Arabii Saudyjskiej, oraz ZEA i częściowo Omanie, raczej nie jest popularny bo kraje te sa dosc hermetyczne.

Hijazi - zachodnia Arabia Saudyjska , szczególnie okolice Mekki.

Ibri - Oman , jest to dialekt beduinów spotkałem sie z nim osobiscie. Praktycznie jest dosc niezrozumiały nawet dla Omańczyków ponieważ ludnosc beduińska dość niechętnie asymiluje się społecznie i niemal w ogóle nie posługuje się dialektami narodowymi, a dialekt ten dodatkowo stanowi o ich odrębności.

Masri - dialekt Egipski. Najłatwiejszy i najbardziej rozpowszechniony dzięki arabskim filmom , oczywiście najwięcej książek do nauki dialektu arabskiego jest oczywiscie o tym z Egiptu

Darija - dialekt maghrebski oparty na językach berberyjskich z dużymi wpływami francuskiego, od Libii po Maroko, dość odmienny od poprzednich.

Hassaniya - język Mauretanii, praktycznie niezrozumiały dla reszty Arabów. Ogromne wpływy subsaharyjskiego języka wolof.

Do tego dochodzą pomniejsze dialekty :
- cypryjski - używany na Cyprze przez Maronitów
- iracki  w Iraku
- jemeński w Jemenie , jest to język najbliższy klasycznemu arabskiemu, czasem nazywany Arabic-Arabic ze względu na swoje archaiczne słownictwo
- sudański - okolice Sudanu i Etiopii

Najłatwiejszy jest egipski i do niego dostaniesz najwięcej książek, do Darija też jest całkiem nieźle, za to do dialektu zatoki i lewantyńskiego trzeba już raczej mieć kontakt z żywym językiem danego kraju bądź miasta i minidialektami, bo próba uczenia się wielkiego dialektu tylko po to żeby wyjść na ulicę i stać jak dupa nie rozumiąc nic jest bezsensowna

Dalsze dialekty jak hassaniya czy jemański są w ogóle poza zasięgiem, nie znalazłem nic co mogłoby w jakiś sposób nadawać się do nauki tychże dialektów. 

Jak powinna wyglądać przygoda z MSA ?
Otóż musisz sobie uzmysłowić, że książek polskich do arabskiego NIE MA. Są tylko jakieś rozmówki i inne bzdury zajmujące czas jak np. gramatyka Daneckiego, który poza tym, że jest profesorem arabistyki i opisem stosunków miedzy religiami w świecie islamu to chyba nic innego nie stworzył dla ludzi zainteresowanych nauką, a jego książka do gramatyki ma gigantyczne błędy.

Najlepsze książki do nauki jezyka arabskiego, z którymi się spotkałem są pisane po hebrajsku i nic tego nie zmieni. Niestety nie każdy ma do nich dostęp i nie każdy zna hebrajski więc będziesz zmuszona korzystać z anglojęzycznych pozycji które mają jedną wielką wadę - wymowę pisaną często fonetycznie dla anglosaskich czytelników co bardzo utrudnia prawidłową naukę przy braku wystarczającej ilości materiałów dźwiękowych.

Nigy nie ucz sie arabskiego z jednego zródła , ten jezyk gramatycznie jest bardzo skomplikowany i czasem lepiej sprawdzić w wielu książkach co i jak niż skupiać się błędnie na jednej.

Książki anglojęzyczne, które mogę polecić do MSA i początków nauki to:
-Mastering Arabic Book 
-Mastering Arabic Script: A Guide to Handwriting 
-Mastering Arabic 2
Te trzy książki zaznajomią cię z podstawami arabskiego i lekką mieszanką słówek z dialektu egipskiego , plus poznasz podstawy pisma

-Teach Yourself Arabic Complete Course
To bedzie dalsza lekcja MSA , poznasz gramatykę, zasady wymowy + dalsza nauka czytania

-Basic Arabic Workbook: For Revision and Practice

-Arabic Calligraphy: Naskh Script for Beginners

-Intermediate Arabic Workbook: For Revision and Practice

-Arabic Script: Styles, Variants, and Calligraphic Adaptations

-Learn Arabic calligraphy

-Alif Baa: Introduction to Arabic Letters and Sounds

-Let's Read the Arabic Newspapers

Ksiazki uczace pisma , roznych stylow pisania ( Rashi, Naskh czy ten cholerny Nastaliq ktory nawet i mnie po 15 latach sprawia problemy ) , plus odczytywnie kaligrafii

Basic Arabic Workbook: For Revision and Practice - tu szczególnie muszę pochwalić tę książkę, zawiera ona pismo odręczne z masą przykładów - aż 14 wariantów pisma odręcznego, przykłady ulotek, pisma z zeszytów, czy demonstracji ulicznych

- The Connectors in Modern Standard Arabic
Skomplikowana gramatyka - jak dojdziesz do poziomu B1 będzie bardzo przydatna , opisuje tworzenie połączeń między zdaniami , coś jak angielskie the, at, an, on + masa partykuł objaśnień, wyjatków czasów i innych pierdółek.

Z audio polecam:
-Teach Yourself Arabic Complete Course i Ultimate Arabic Beginner-Intermediate (zawiera jeszcze podstawy 5 innych dialektów - iracki, lewantyński, maghrebski, egipski, saudyjski)


Następne dwie to dialekt zatoki perskiej, ale tylko w wersji standardowej bez podziału na etnolekt Bahrajnu czy rijadzki:
-Teach Yourself Gulf Arabic Complete Course
-Colloquial Arabic of the Gulf 

Do egipskiego:
-Colloquial Arabic of Egypt

Do lewantyńskiego:
- Colloquial Arabic Levantine

-Living Arabic: A Comprehensive Introductory Course - zajebisty kurs oparty w duzej mierze na dialekcie jordańskim, ale zawiera słownictwo jakim Arabowie posługują sie na co dzień i wyjątkowo aktualne. Zdecydowanie polecam.

-Spoken Lebanese - to ciężko dostać z plyta CD. Ja kupiłem wersję arabsko-angielską w miejscowości Jounieh w Libanie zamieszkanym tylko przez Maronitów, wszędzie indziej widziałem tylko samą książkę w tym na Amazonie - książka jest bardzo ciekawa bo zawiera Ashraf czyli mowę maronitów

-Media Arabic: A Coursebook for Reading Arabic News - i to na koniec bo zapomniałem. Uczy czytania arabskich newsów. Po jakimś czasie będzie to jedno z ćwiczen, które polecam, nagywaj newsy z al jazeery i próbuj czytac lecące napisy aż dojdziesz do momentu, że nie będziesz sie zastanawiac co znaczą tylko zaczniesz czytać automatycznie - ja tak ćwiczylem i efekty są świetne

Mniej więcej w połowie nauki polecam jak najszybciej próbować przerzucić sie na strony o gramatyce i jezyku pisane juz po arabsku i tam szukać kolejnych kursów.
W przypadku wyjazdu do kraju arabskiego niezwłocznie kup ksiązkę w języku docelowym !!!

No i to by było na tyle jeśli chodzi o arabski. I nie masz co się bać - język jest trudny będziesz miala problemy, ale poruszając się za moimi wskazówkami i korzystając z tych źródeł opanujesz bardzo szybko to co powinnaś i myślę, że do poziomu B1 a reszta będzie już zależała od Ciebie.
Powodzenia. :)
I naprawdę nie ma co sie bać arabskiego, są gorsze języki. Jak ktoś ma pytania odnośnie arabskiego to zapraszam na meila.
Mahu

PS: Jeśli ktoś nie może się doczekać nowych wpisów mojego autorstwa to już niedługo powinien je ujrzeć. Pozdrawiam wszystkich uczących się języków obcych i życzę powodzenia!

sobota, 19 lutego 2011

Jakiego języka warto się uczyć?

Pytanie postawione w temacie jest jednym, które wielu czytelników bloga nurtuje, czemu zresztą ostatnio dano wyraz w komentarzach.  W dzisiejszych czasach kiedy wszystko przelicza się na wartość pieniężną kwestia opłacalności nauki danego języka stała się kwestia bardzo ważną. Dlatego często spotykamy się z opinią, że niektóre języki są warte nauki, bo za ich znajomość pracodawcy oferują większe pieniądze. Czy słusznie? Zobaczmy.

Dla tych, którzy są niecierpliwi przygotowałem oczywiście coś w rodzaju "drogi na skróty". W komentarzach do poprzedniego artykułu o języku ukraińskim Marta podała linka do badań wkazujących ile pieniędzy zarabiają osoby ze znajomością jakiegoś języka obcego. Całkiem ciekawie to wygląda - osoba znająca chiński bardzo dobrze zarabia 8000 złotych, za szwedzki dostaniemy prawie 7000, arabski jest wyceniany na niewiele mniej. W zasadzie mógłbym teraz powiedzieć wszystkim, żeby zaczęli się uczyć jednego z tych trzech języków i byłoby po sprawie. Tymczasem stronę odwiedzaliby sami milionerzy. Perspektywa taka jest piękna (wszystkim zresztą tego życzę), ale problem w tym, że świat nie jest tak prosto zbudowany.

Jeśli ktoś zakłada, że nauczy się np. węgierskiego, litewskiego lub łaciny (swoją drogą bardzo zastanawia mnie co panowie z bankier.pl rozumieją poprzez jej bardzo dobrą znajomość) i zgłoszą się do niego ludzie, którzy zaoferują mu z miejsca pracę za 5000 złotych (a właśnie tyle przewidują badania podane powyżej) to jest dość naiwny. Badanie bowiem nie brało pod uwagę chociażby ile osób ze znajomością danego języka ma problemy ze znalezieniem pracy, w której mogą wykorzystywać swoją wiedzę. Ale dajmy temu spokój, bo niekoniecznie to ma być tematem głównym dzisiejszego artykułu.

Badanie dotyczyło bardzo dobrej znajomości języków obcych. A z czym się wiąże taka znajomość? Najpierw, żeby nauczyć się języka obcego bardzo dobrze, należy nad nim trochę czasu przesiedzieć. Przez "trochę czasu" rozumiem tu solidną codzienną naukę, a nie godzinne spotkania dwa razy w tygodniu w grupie 10 osób. Podziwiam osobę, która będzie potrafiła spędzić godzinę dziennie przez kilka lat z językiem, którego nie lubi. W takim przypadku będzie ona miała do czynienia z narastającą frustracją i niechęcią do nauki, nie mówiąc już o problemie z przebrnięciem fazy plateau, czyli momentu, w którym przestajemy odczuwać rozwój językowy. A tak mniej więcej będzie to wyglądać w przypadku kogoś, kogo jedyną motywacją jest zarabianie na tym języku pieniędzy. Gdy do tego dodamy, że język obcy to nie jest coś, czego możemy się raz nauczyć i nigdy tego nie zapomnimy, wychodzi na to, iż bardzo dobra znajomość będzie wymagała poświęcania mu uwagi przez całe życie. Jeśli ktoś uważa, że potrafi tego dokonać jedynie w oparciu o przyszłe zarobki - niech próbuje. Ostrzegam jednak, że może go spotkać spory zawód, bo zapewne przerwie naukę gdzieś pomiędzy poziomem początkującym i zaawansowanym. To zaś czego się nauczył zapomni całkowicie po kilku latach.

Jakiego więc języka naprawdę warto się uczyć? Odpowiedź jest banalnie prosta: tego który nas najbardziej interesuje, w którym zawsze będziemy w stanie znaleźć coś ciekawego do przeczytania, obejrzenia, posłuchania, kogoś do porozmawiania. Nauka tego języka nie będzie dla nas niekończącą się katorgą, prawdopodobieństwo nauczenia się go będzie znacznie większe, a jak wszystko dobrze pójdzie to nawet pieniądze z tego jakieś wynikną. Nawet jeśli przerwiemy jego naukę w pewnym momencie (a warto zaznaczyć, że większość prób nauki języka kończy się fiaskiem) to niekoniecznie będziemy jej czas uważać za stracony.

Jeśli więc interesujesz się jakimś konkretnym regionem świata, ludźmi go zamieszkującymi, ich historią, kulturą, to postaraj się nauczyć języka jaki tam obowiązuje. Lepszego medium służącego do poznania tego obcego świata po prostu nie ma.

Podobne posty:
Płynny w 3 miesiące... Czy aby na pewno?
Czy i kiedy opłaca się uczyć ukraińskiego?
Języki egzotyczne - jak, gdzie i czy warto?
Moja lista 20 języków - część 1
W jakim języku się mówi w byłej Jugosławii?

sobota, 5 lutego 2011

Czy i kiedy opłaca się uczyć ukraińskiego?

Jeśli ktoś uważnie czyta mojego bloga to zapewne wie, że od stycznia zacząłem powtarzać mój ukraiński. W dużej mierze jest to kwestia osłuchania się i czytania, samej nauki gramatyki czy słówek jako tako jest raczej niewiele. Ale do przejdźmy do rzeczy bardziej istotnych. Stwierdzenie, że język ukraiński stał się w Polsce popularny byłoby przesadą, jednak można zauważyć, że zaczynają powstawać polskojęzyczne podręczniki do nauki mowy naszych wschodnich sąsiadów i coraz więcej ludzi ciągnie w te strony. Chciałbym przez chwilę stanąć w tym miejscu i zastanowić się czy i kiedy warto to robić.

Na początku powiem, że jestem miłośnikiem języka ukraińskiego i wszystkiego co na Ukrainie jest ukraińskie. Z całego serca popieram niepodległą Ukrainę z jednym językiem urzędowym. I nie piszę tego w celu manifestacji moich poglądów, opcji politycznych itp., lecz w celu uniknięcia komentarzy oskarżających mnie o rzekomą rusofilię. A te niewątpliwie by się pojawiły, bo artykuł nie będzie raczej opowiadał o korzyściach płynących z nauki ukraińskiej mowy.

Ostatnimi czasy spotkałem się już kikakrotnie z osobami, które chcą się nauczyć ukraińskiego z pominięciem języka rosyjskiego. Powody były różne - od tych, które jeszcze mogę zrozumieć ("bo podoba mi się właśnie ukraiński" / "bo jestem zafascynowana kulturą ukraińską") po te, które mogę odczytać już jedynie jako objaw uprzedzeń ("bo jakoś tak Rosjan nigdy nie lubiłem"). Ilekroć spotykałem się z takimi ludźmi starałem się ich przekonać do tego, aby najpierw spróbowali opanować rosyjski, bo po prostu im się to będzie opłacać.

Mnóstwo osób zaczyna w pewnym etapie swojego życia naukę jakiegoś języka obcego, ale raczej niewielki procent potrafi doprowadzić go stanu używalności. Ma to związek zarówno z trudnością  języka, jak i motywacją do jego nauki. O ile język ukraiński do najtrudniejszych nie należy, to z motywacją w jego przypadku może być trudno. Potencjalny uczeń znajdzie takową na pewno, ale nie wiem na jak długo ona wystarczy. A gdy się poważnie myśli o nauce języka to warto by motywacja wystarczała, jeśli nie na całe życie, to przynajmniej na kilkanaście lat. Jeśli natomiast ktoś naprawdę nie jest fascynatem zachodniej Ukrainy to będzie miał z tym ogromny problem.

Krym, Odessa, ziemie położone na wschód od Dniepru, a nawet Kijów to obszary rosyjskojęzyczne i nie jest tego w stanie zmienić fakt, że język ukraiński jest jedynym urzędowym. Wszystkie napisy na urzędach są przeważnie w języku ukraińskim, ale znaczna większość ludzi porozumiewa się właśnie po rosyjsku. Całkiem powszechna jest tam nieznajomość ukraińskiego (szczególnie wśród osób starszych). Często ludzie używają też tzw. surżyka będącego połączeniem cech obydwu języków (wyglądającym różnie w zależności od obszaru). "Czystą" wersję języka ukraińskiego można spotkać w codziennym użyciu prawie wyłącznie na zachodzie kraju, przy czym warto pamiętać, że w okolicach Użhorodu ludzie mówią dialektami rusińskimi często uznawanymi za osobny język, a poza tym wszędzie i tak język rosyjski rozumieją. Znaczna część współczesnej kultury ukraińskiej jest też zakorzeniona w języku swojego sąsiada - tyczy się to zarówno pisarzy jak i wykonawców muzycznych. Najpopularniejsze gazety z reguły są rosyjskojęzyczne. Jeśli zaś chodzi o znaczenie języka ukraińskiego w biznesie, to również ustępuje on znacznie rosyjskiemu. Reasumując, specjalista od Ukrainy nie znający rosyjskiego to żaden specjalista.

Nasuwa się więc pytanie: czy można się nauczyć najpierw ukraińskiego, a potem rosyjskiego? Osobiście bym tego nie polecał. Decydują o tym względy czysto praktyczne. Być może są osoby, którym nigdy te dwa języki się nie myliły i mylić się nie będą (odsyłam do artykułu pt. "A nie mylą Ci się te języki?"), jednak z moich obserwacji wynika, że 99% uczniów przynajmniej w początkowej fazie nauki ma problemy z oddzieleniem jednego od drugiego. I o ile rosyjskie wstawki w języku ukraińskim zarówno w fonetyce (rosyjski jest bardziej miękki) oraz w słownictwie są na porządku dziennym, tak odwrotna kombinacja jest już czymś bardzo nienaturalnym i w dużej mierze niezrozumiałym dla osoby rosyjskojęzycznej. Poza tym ze znajomością języka rosyjskiego można zrobić wiele rzeczy, potrafi ona ułatwić znalezienie pracy (raczej nie patrzę na języki pod tym kątem, ale wiem, że dla wielu osób może to być koronny argument), umożliwia czytanie naprawdę wielu dzieł literackich i naukowych. Ukraiński na tym tle wypada natomiast naprawdę blado i często może się zdarzyć, że osoba, która opanuje ten język nie za bardzo będzie wiedziała co z nim począć.

Jaki więc moim zdaniem jest optymalny plan w tym wypadku? Opanować język rosyjski na przyzwoitym poziomie, a następnie przy jego pomocy wziąć się za ukraiński, tj. korzystając z rosyjskich podręczników, słowników ukraińsko-rosyjskich (bo te ukraińsko-polskie są bardzo ubogie).
Inne działania polecam jedynie osobom, które naprawdę nie widzą świata poza zachodnią Ukrainą i potrafią przeboleć fakt, że w wielu miejscach poza nią mogą mieć kłopoty z porozumieniem się (w tym miejscu przypomniał mi się artykuł sprzed dwóch lat opublikowany w "Newsweeku" opisujący perypetie uczniów, którzy uczyli się ukraińskiego, który na Krymie okazał się kompletnie nieprzydatny).

Jeśli kogoś do nauki rosyjskiego przekonałem - cieszę się. Jeśli ktoś stwierdził, że jego zainteresowanie Ukrainą jest na tyle duże by zacząć się uczyć ukraińskiego od samego początku - również się cieszę, bo znaczyłoby to, że są na tym świecie jeszcze osoby myślące o językach obcych w świetle romantycznym niż praktycznym. Wszystkim jednak, bez względu na to, jaką drogę wybiorą życzę powodzenia.


Podobne posty:
A nie mylą ci się te języki?
Jak się nauczyć cyrylicy w 2 dni?
Przewodnik po różnych rodzajach cyrylicy - języki słowiańskie
Ile obcości jest w języku obcym?
5 rzeczy jakich nauczyła mnie nauka czeskiego

sobota, 22 stycznia 2011

Czytanie, słuchanie, mówienie, pisanie - razem czy oddzielnie?

Prowadząc bloga powinno się od czasu do czasu go aktualizować. Niestety ostatnie tygodnie nie należały do najbardziej obfitujących w wolny czas. Jeśli natomiast zdarzało się, że takowy miałem,  to wolałem go przeznaczyć na to, co jest głównym tematem tego bloga, czyli nauce i korzystaniu z języków obcych. Bo pisanie i czytanie o tym jest bardzo interesujące, aczkolwiek nie powinno przysłaniać tego co jest najważniejsze, czyli rzeczywistej pracy. 
Postanowiłem dziś skupić się na jednym z komentarzy jaki pojawił się pod ostatnim wpisem pt. "Demony głupoty - część 1" jako że może to być rzecz, która wszystkich zainteresuje. 


Anonimowy napisał:
Witam.Mam prośbę, korzystając z faktu że jest to blog poświęcony nauce języków obcych chciałbym prosić o poradę:
- gdy czytam angielski tekst rozumiem ponad 90 % przekazu
- natomiast gdy ten sam tekst słucham rozumiem znacznie mniej i jest to bardzo frustrujące
proszę o precyzyjną podpowiedź jak ćwiczyć aby jak najszybciej zniwelować tą różnicę 


Odpowiedział mu Mahu:
Zacznij więcej słuchać, oglądaj filmy angielskie z napisami angielskimi , słuchaj więcej, naucz się dialogu na pamięć z kartki i powtarzaj go na głos naśladując to co słyszałes na filmie, słuchaj więcej, mów sam do siebie z głowy tzn. spróbuj sam składać zdania a nie tylko czytać z książek, no i słuchaj więcej - reszta będzie przychodzić z czasem.
I w nauce języka stosuj sie do zasady - najpierw słuchanie , potem mówienie , dopiero potem czytanie i pisanie. Nigdy odwrotnie.  


Mam wrażenie, że temat ten już kiedyś był tu poruszany (TUTAJ), ale odpowiem tu raz jeszcze: należy po prostu jak najwięcej słuchać. Jeśli to konieczne, to nawet tego samego materiału po kilka razy. Wyuczenie się niektórych fragmentów na pamięć też na pewno nie zaszkodzi. W nauce języka obcego sprawdza się bowiem stara sprawdzona zasada: chcesz lepiej rozumieć tekst mówiony - słuchaj więcej, chcesz lepiej mówić - mów więcej, chcesz lepiej czytać - czytaj więcej, chcesz lepiej pisać - pisz więcej. W gruncie rzeczy sprowadza się to do tego, co napisał Mahu.

Chciałbym się też jednak przede wszystkim odnieść do tego co napisał sam Mahu, czyli do jego zasady najpierw słuchanie , potem mówienie , dopiero potem czytanie i pisanie. Nigdy odwrotnie.  
Uważam, że jest to raczej kwestia: 1. indywidualnych predyspozycji i tego kto jaką czynność uważa za 2. najważniejszą oraz 3. najbardziej przydatną w danym języku. 

1. Jestem typem człowieka, który znacznie lepiej potrafi skupić się na tekście pisanym, niż mówionym - zawsze wolałem przeczytać jakąś książkę, niż słuchać wykładu na ten sam temat (szczególnie gdy wykładowca nie był porywający). I nie mówię tu jedynie o językach obcych, ale nawet o języku polskim. Wyjątkiem są filmy, które mogę oglądać na podobnej zasadzie jak czytać książki, tzn. nie muszę się zmuszać do tego, by przesiedzieć w skupieniu około 2-3 godzin. Drugą kwestią jest znajdywanie ciekawych materiałów - o ile nie jest dla mnie problemem wyszukanie czegoś interesującego do czytania, tak z czymś do słuchania jest znacznie gorzej. Zgadzam się jednak, że niektórzy mogą mieć na ten temat przeciwne zdanie.

2. Jeśli miałbym ustalić jakąś hierarchię czynności związanych ze znajomością języka obcego, to czytanie byłoby na pierwszym miejscu. Natomiast kombinacja słuchanie/mówienie jest na drugim (bo moim zdaniem trudno oderwać te dwie rzeczy od siebie). Po pierwsze: czytanie jak nic innego rozwija zasób słownictwa. Po drugie: mając spory zasób słownictwa czytanego i znając prawa rządzące relacją pismo-dźwięk też rozwijasz umiejętność słuchania - nierzadko bowiem zdarza mi się zrozumieć słowo, którego nigdy wcześniej nie słyszałem, ale znam je z tekstów pisanych. Po trzecie: o ile przejście z języka czytanego na mówiony uważam raczej za kwestię przyzwyczajenia, tak przejście ze swobodnych rozmów do czytania literatury może się okazać szokiem - przynajmniej takim czymś było dla mnie kilka lat temu, gdy umiejąc się dogadać bez problemu po rosyjsku sięgnąłem po klasykę tamtejszej literatury i zrozumiałem ile rzeczy po prostu nie rozumiem. Choć tu również muszę dodać, że ktoś kto nie ma ambicji czytać książek, a jego jedynym celem jest prowadzenie konwersacji również może się nie zgodzić.

3. Osłuchanie się z niektórymi językami ma większy sens praktyczny niż z innymi. O ile angielski i rosyjski są dla mnie czymś, czego mogę potrzebować chociażby dziś, o tyle np. języka kaszubskiego w formie mówionej nigdy raczej nie użyję. Dlatego moja nauka kaszubskiego ogranicza się tylko i wyłącznie do czytania tekstów. Podobnie ma się sprawa z wszelkimi językami historycznymi takimi jak łacina, klasyczna greka, czy staro-cerkiewno-słowiański - bardzo lubię się starać by moja wymowa tych języków była nieskazitelna, akcenty rozłożone poprawnie, ale praktycznego sensu w tym raczej nie widzę.

Chciałbym jednak też nie kłaść nacisku na to, że należy najpierw czytać, a potem słuchać i mówić. Jestem raczej zwolennikiem połączenia jednego z drugim, czyli najpierw gruntownego przerobiania podręcznika książkowego z materiałem dźwiękowym (i zwracania szczególnej uwagi na wymowę, a nie przerabianie języka obcego według polskiego systemu fonetycznego - to jedna z najgorszych rzeczy jaką robi naprawdę spora liczba uczących się języka), a następnie przerzucenie się na żywe materiały - życie samo pokaże, które są bardziej interesujące i przydatne. Samo zaś oddzielanie czytania od mówienia uważam za bezcelowe i w dużej mierze upośledzające jedną z tych czynności. Poniekąd właśnie dlatego nigdy nie rozumiałem fenomenu takich kursów językowych jak Pimsleur, które opierają się tylko i wyłącznie na materiale audio. Jeśli chodzi o mnie sądzę więc, iż należy ćwiczyć wszystkie cztery umiejętności naraz.

PS. Na koniec jeszcze krótka informacja dla tych, którzy pisali do mnie maile w ciągu ostatnich kilku dni: pamiętam o wszystkich i postaram się odpowiedzieć na wszystkie listy jeszcze w ten weekend.

Podobne posty:
Rozumienie ze słuchu
Co przyjdzie z słuchania radia przez godzinę dziennie
Jakie materiały warto czytać?
Językowe plany na rok 2011